Get Adobe Flash player

Obywatelka

Z BADAŃ TERENOWYCH NAD ŻYCIEM WEEKENDOWYM POLEK I POLAKÓW

Jest taki projekt badań kulturowych, który mocno przypadł mi do gustu, gdyż w szczególny sposób porusza wyobraźnię i uwrażliwia na odczytywanie różnych zjawisk z najbliższego otoczenia w kategoriach (przekształcających się z upływem czasu) znaków i symboli. Ten projekt zaproponował niegdyś jeden z rodzimych, polskich antropologów kultury współczesnej Roch Sulima, nadając mu nazwę antropologii codzienności. Muszę przyznać, że z wielką przyjemnością odkrywałam podczas lektury jego książki pod takim właśnie tytułem znaczenia, w jakie obrastały wraz z rozwojem najnowszej polskiej historii takie przedmioty jak samochód syrenka czy takie przestrzenie jak ogródki działkowe, które czas przeobrażał w rodzaj mitologii.

Sulima badał, między innymi, zagadnienie semantyki libacji alkoholowej. W tym przypadku interesowała go chociażby sfera związanych z tym zjawiskiem specyficznych obyczajów – wczoraj i dziś – a więc na przykład odpowiedź na pytanie, czy wciąż stosujemy charakterystyczne dla dawniejszych libacji zwyczajowe odzywki w trakcie picia, dyscyplinujące grupę, typu: „Albo pij, albo się ze mną bij” czy też „Albo pij, albo zamknij ryj”. Jak zauważa nasz badacz, takie odzywki, porzekadła i toasty służą „wyzwalaniu i wzbogacaniu grupowych ekspresji”. Dalej: Sulima czyni w ramach swoich badań regularne obserwacje dotyczące pewnej grupki ludzi spod sklepu nieopodal własnego domostwa, których łączy rytuał codzienności polegający na porannej krzątaninie w celu zorganizowania środków finansowych niezbędnych do zorganizowania, w następnej kolejności, libacji alkoholowej, potem zaś na przejściu do meritum sprawy, czyli zasadniczej części dnia powszedniego jak też święta, a więc na zakupie alkoholu i jego spożyciu w atmosferze ulicznej minibiesiady lub pikniku w pobliskich zaroślach. Tego rodzaju codziennym spotkaniom towarzyszą także specyficzne rytuały werbalne – odsyłam zainteresowanych do książki.

Zachęcona skrupulatnymi badaniami i analizami znaczeń czynionymi przez Sulimę, nabrałam ochoty na odrobinę własnych obserwacji kulturowych, skromnych, acz z delikatnym zastosowaniem perspektywy płciowej. Samo słowo libacja brzmi obecnie trochę jakby przestarzale – to jedna z moich obserwacji. Mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, że pomału odchodzi do lamusa, nie dajmy się jednak zbyt łatwo zwieść pozorom – to kolejna obserwacja. Stawiam tezę: libacja alkoholowa w polskiej kulturze ma się całkiem dobrze, choć straciła na wyrazistości, trochę zaczęła się tak jakby rozmywać, blednąć. Stawiam też tezę: grupą społeczną, która najpilniej stara się podtrzymywać tę tradycję, są zazwyczaj mężczyźni. Może libacja to jedna z ostatnich ostoi patriarchii? „Albo pij, albo zamknij ryj!” – chodzi mi po głowie ten macho-tekst, gdy mijam w piątkowe popołudnie coponiektóre garaże na moim podmiejskim osiedlu, jadąc na cotygodniowe zajęcia z jogi sivananda. Praktyka jogi weszła mi już w krew, traktuję te półtorej godziny nie tylko jako czas ćwiczeń, lecz także jako specyficzny rodzaj medytacji, zagłębiania się w siebie. Wiem również, że to okazja do spotkania innych kobiet – przede wszystkim kobiet. Mimo że zdarza się czasem w grupie ćwiczących także mężczyzna, jest to niewątpliwie sfera mocno sfeminizowana. Ostatnio usłyszałam w trakcie miłej pogawędki po zajęciach, że przyznanie się przez mężczyznę do uprawiania jogi jest równoznaczne z przyznaniem się do bycia gejem – tak twierdził młody chłopak z naszej grupy. „Albo pij, albo się ze mną bij!” – ciekawe, jak by na to zareagował? Tymczasem my, kobiety, powoli zbieramy się już do domu, czas zamykać salę. Bywa, że zamiast do domu udajemy się do jakiejś knajpki na lampkę wina i gadamy o babskich sprawach. Gdyby chłopak chciał pogadać z nami – nie ma sprawy! Osobiście chętnie zaprosiłabym do stołu nie tylko tego miłego faceta, ale też samą Conchitę Wurst. I pewna jestem, że byłoby nam wszystkim razem bardzo przyjemnie.

Póki co czas jednak na drugą część mojej historyjki, tę, która rozgrywa się w garażu. Zaczyna się ona od sześciopaku puszkowanego piwa z Biedronki. Po nim, w części środkowej wieczoru, pojawia się czerwone wino, powiedzmy z Lidla, za 9,99, a w części finalnej male party – whisky, z Biedronki (29,99). Not so bad. Jak na whisky z Biedronki, rzecz jasna. Pije się to wszystko po kolei i bez pośpiechu, tak aby pod koniec zabawy broń Boże nie spaść pod stół – zresztą o stół w garażu nie zawsze jest łatwo. Nie wypada też w dzisiejszych czasach zbytnio bełkotać ani się zataczać. Rozmowy podczas sączenia alkoholi toczy się na tematy przeróżne: futbol, jazz, polityka, armia, kampania wrześniowa – przebieg alternatywny, kto na jakim poziomie w jakiej grze komputerowej, najnowsza generacja sprzętu komputerowego i audio… Nikogo nie trzeba do picia dyscyplinować, bo pije się dziś zgodnie, ramię w ramię (by nie rzec brzydko: ryj w ryj), a finał libacji alkoholowej bynajmniej nie polega na mordobiciu, na przykład. Wszystko w dzisiejszych czasach subtelnieje, a zatem również libacja. Siedzi się po prostu w męskim gronie, w swojskim otoczeniu równie męskich narzędzi do majsterkowania, i pomalutku, kulturalnie się pije. A brzuchy pomalutku rosną, wraz z tym, jak rośnie w naszym kraju ilość spożywanego piwa – w przeciwieństwie do wódki. W statystykach europejskich wypadamy pod względem spożycia trunków nieźle, naprawdę nie najgorzej – dążymy w stronę właściwych standardów. Jest coraz bardziej soft. Aksamitnie. Czyli nie do końca uchwytnie. Bo na co właściwie ma narzekać żona garażowca? Że idzie sobie pogawędzić z kolegami i się trochę po pracy wyluzować, popijając to i owo?

Podsumujmy: w piątkowy wieczór mamusia jest na jodze, tatuś zaś hoduje brzuszek w garażu. A dziecko…? Pewnie przed telewizorem albo komputerem. Tatuś w sumie nie bardzo wie, co porabia dziecko, mamusia więc zawsze z lekkim poczuciem winy, że wychodzi – jak tylko gdzieś wychodzi, wszystko natychmiast też wychodzi – spod kontroli. To bardzo rozmyta i subtelna odmiana asymetrii genderowej. A po powrocie z jogi? Najpierw zagania się dziecko do łazienki, z przerażeniem odkrywając, że jeszcze nie śpi i Bóg wie co robiło. A potem następuje powrót tatusia z garażu. Nie jakiejś tam spitej świni czy brutalnego bydlaka, po prostu podchmielonego faceta z brzuszkiem i średnio gustownym zarostem, który czasem próbuje w tym stanie lepić się do żony – brrr!!! Tak więc my, Polacy, nie leżymy już dziś pokotem pod stołami czy na chodnikach (nawiasem mówiąc, przypomina mi się tu dowcip o facecie, co leży na chodniku i pochodzi do niego policjant, upominając, aby wstał, a facet na to: eee, to nawet płyt już nie można sobie posłuchać…).

Moja przestrzeń do rozpoznania w ramach amatorsko uprawianej antropologii codzienności okazała się męskocentrycznymi peryferiami garażowymi, skrywającymi chyba trochę zdegradowaną mitologię patriarchii – miejmy nadzieję, w kulturowej defensywie, ale wciąż niestety mogącą doskwierać. Aksamitnie – tak jakoś. Wręcz niewidzialnie, bo w końcu kto by tam specjalnie rozglądał się po garażach. A swoją drogą, pamiętam aż nazbyt dobrze królestwo mojego dziadka, alkoholika do entej potęgi – tym jego królestwem, gdzie niepodzielnie rządził, z flaszkami po wszystkich kątach, był – jakże by inaczej? – garaż! Ale to już trochę inna historia…

Emancypantka

 

Tęcza nad polskimi chmurami

Tym razem chcę napisać coś o tęczy. Tej będącej symbolem środowisk LGBT, na co przystała Julita Wójcik, twórczyni znanej instalacji artystycznej. Temat tak jakoś narasta we mnie już chyba od dawna, a ponieważ pojawił się pomysł „przeprowadzenia” tęczy z Placu Zbawiciela na nasz rodzimy, gdański teren, do miasta wolności, konkretnie w pobliże budynku Europejskiego Centrum Solidarności, nadarza się dla mnie dogodna okazja.

Zapytajmy przy tej okazji samych siebie, Polaków, a zwłaszcza gdańszczan, co z naszą tolerancją – wszak wiąże się ona nierozerwalnie z wolnością. Te dwa pojęcia niewątpliwie się zazębiają: granice cudzej wolności zakreśla często moja tolerancja. Jak reagujemy na słowo „odmienność”? Osobiście nazbyt często stykam się z opinią, którą można by streścić w jednym zdaniu: „Ja nic nie mam do lesbijek i gejów, tylko niech siedzą w domu, niech nie wychodzą na ulicę i niech się z tym nie obnoszą”. Taka jest przeciętna polska „tolerancja”. Laureat pokojowego Nobla, ikona polskiej walki o wolność i demokrację, Lech Wałęsa miejsce osób homoseksualnych widzi „za murem”. O transpłciowości czy hermafrodytyzmie nawet nie wspominam…

Myślę, że trzeba powiedzieć otwarcie: żyjemy w społeczeństwie podszytym przemocą grup dominujących, zawsze gotowych do reakcji atakiem na atak, nawet gdy nikt żadnego ataku na nie nie szykuje, lub po prostu do atakowania. My, Polacy, lubimy ostre podziały, na przykład na normalnych, zdrowych, silnych, słowiańskich, osadzonych w patriotycznie krzepkiej tradycji reprezentantów narodu oraz dewiantów, zwyrodniały, chory, przeżarty zgnilizną Zachodu margines, czyli tych „nienormalnych”, których trzeba leczyć albo których przynajmniej symbolicznie należałoby skazać na eksterminację, rugując ich obecność z przestrzeni publicznej.

Szukam jednak pozytywów w tym naszym polskim, jak dla mnie straszliwie zapyziałym, narodzie. I czasem znajduję. Choćby w organizacjach działających na rzecz osób marginalizowanych. Choćby w teatrze Krzysztofa Warlikowskiego. Choćby w świetnej publicystyce „Gazety Wyborczej”. Choćby w filmie Małgorzaty Szumowskiej W imię – o księdzu-geju, który decyduje się nie rezygnować ze swojego życiowego szczęścia i spełnienia… W innym filmie, tym razem francuskim, w Życiu Adeli Kechiche’a, opowiadającym o namiętności lesbijek, pada zdanie, które bardzo mi przypadło do gustu: „Miłość nie zna płci”.

Tęcza to różnorodność kolorów, zjawisko rzadkie, którym chętnie się zachwycamy – taka odmienność na niebie po szarych chmurach i deszczu. Ja popieram takie zjawiska – w tej polskiej nudno-patriarchalno-heteroseksualnej rzeczywistości, gdzie pod warstewką rzekomego ucywilizowania stale drzemią chęć dyskryminacji, agresja i zwyczajne grubiaństwo.

Emancypantka

 

GŁOS KOBIET I O KOBIETACH W POLSKIM ŻYCIU PUBLICZNYM – KILKA UWAG*

Jak uczeń wywołany do tablicy

Zacznę od kwestii wszechobecnego, na każdym kroku panoszącego się stereotypu, z którym walczy współczesny feminizm. Z tym panoszeniem się bynajmniej nie popadam w przesadę. Mam tu na myśli przede wszystkim stereotyp płci, czyli funkcjonujący w społecznej świadomości schematyzm płciowy, to znaczy zespół powszechnych przekonań dotyczących płci, opartych na dychotomii i różnicy płciowej, wyobrażeń na temat typów osobowości, ról społecznych czy wzorców zachowań odmiennych dla kobiet i dla mężczyzn. Dzisiejsze boje toczone na tym polu przez feministki są moim zdaniem pod pewnymi względami trudniejsze od tych przeszłych, a to z przyczyny charakteru wroga. Kiedyś był on jawny i wyrazisty (ewidentna dyskryminacja, pozbawienie praw podstawowych, takich jak prawo do głosowania), dziś coraz częściej trzeba mierzyć się z wrogiem ukrytym – kryje się on pod pozorami tak zwanej normalności, pozorami równości płciowej, a zwłaszcza społecznego przeświadczenia o tym, że feminizm to już w zasadzie przeżytek – przecież kobietom niczego już dzisiaj nie brakuje, mają wszelkie prawa, a nawet przywileje, wszystko już sobie wywalczyły, feministki zaś to awanturnice pchające się na plakat (tak podsumował to pewien mój znajomy, ucinając, rzecz jasna, jakąkolwiek dyskusję)… Pomijając fakt, że to oczywiste zakłamanie wcale nie tak różowej rzeczywistości, istnieje jeszcze warstwa bardziej perfidnej gry. Gry z bezgłośnym dyskursem wciąż dominującym w naszej androcentrycznej kulturze, który sprawia swoją bezgłośnością właśnie, że to kobiety summa summarum zmuszone są do zabrania głosu – jak uczeń wywołany do tablicy niemym gestem wszechwładnego belfra. Męski charakter kultury, a co za tym idzie, brak kobiecej podmiotowości, która dopiero jest konstruowana, sprawia, że kobiety muszą poczuć się zobligowane do wytłumaczenia się dosłownie ze wszystkiego, z tego, że też chcą zaistnieć. Jeszcze nie tak dawno, owszem, istniały, ale przypisane niemal wyłącznie sferze domowej, prywatnej oraz wybranym, tak zwanym kobiecym zawodom jak nauczycielka. Ich obecność w sferze życia publicznego wciąż nie jest, wbrew pozorom, oczywista, wymaga usprawiedliwienia, legitymizacji. U podstaw tej asymetrii leży właściwy dla kultury patriarchalnej podział w ramach opozycji natura – kultura, mianowicie przypisanie kobiety sferze natury, a mężczyzny sferze kultury. Tak kategoryczne przyporządkowanie zaowocowało utożsamieniem kobiety ze społeczną rolą żony i matki, mężczyznę natomiast uczyniło podmiotem wszelkiej działalności intelektualnej, twórcą całego duchowego i materialnego dorobku ludzkości.

Aby to wszystko zobrazować, przytoczę znamienny fragment jednego z esejów Rolanda Barthes’a z tomu pod znaczącym tytułem Mitologie (1957), w którym autor ów śledzi zjawiska kultury masowej jako produkcję, powielanie i utrwalanie kulturowych stereotypów, a jednocześnie odsłania skryte mechanizmy ideologiczne tkwiące u podłoża współczesnych mitów. Jednym z takich mitów jest według Barthes’a mit emancypacji i równouprawnienia kobiet. Jak się okazuje, paradoks polega na tym, że cały proces emancypacyjny osadzony został na sprzecznym z nim patriarchalnym gruncie. Oto popularny magazyn ilustrowany „Elle” zaprezentował na swoich łamach siedemdziesiąt francuskich powieściopisarek, a prezentacja ta zasadzała się na podaniu liczby opublikowanych przez nie książek oraz… liczby posiadanych dzieci, co Barthes komentuje następująco:

Kobiety są na ziemi po to, aby dawać mężczyznom dzieci; niech sobie piszą, ile chcą, niech upiększają swoje położenie, ale przede wszystkim niech z niego nie wychodzą: by ich biblijne przeznaczenie nie było zakłócone przez awans, udzielone im zezwolenie, i niechże zaraz płacą haracz ze swego macierzyństwa za przynależność do bohemy, która w sposób naturalny wiąże się z życiem pisarza. […] Jedna powieść, jedno dziecko, trochę feminizmu, trochę małżeństwa […]” (R. Barthes, Mitologie, przeł. A Dziadek, wstępem opatrzył K. Kłosiński, Warszawa 2000, s. 81–82).

W dalszej partii eseju Barthes dodaje: „[…] dzieci i powieści robią wrażenie, jakby przychodziły na świat same i należały tylko do matki […]. Gdzie zatem jest na tym rodzinnym obrazku mężczyzna? Wszędzie i nigdzie, jak niebo i horyzont, autorytet, który jednocześnie określa i zamyka pewne okoliczności. […] mężczyzna jest wszędzie wkoło, naciera ze wszystkich stron, powołuje do istnienia” (tamże, s. 82–83). Widać na tym przykładzie, iż mężczyzna swego świata wartości nie musi artykułować wprost, przed nikim nie będzie się z niczego usprawiedliwiał, jest natomiast kimś w rodzaju niemego nadzorcy. W istocie może być to również przykład tak zwanej przemocy normemicznej, czyli sprawowania władzy poprzez takie ukształtowanie jaźni jednostki, by sama nad sobą sprawowała kontrolę (trzymając się przykładu francuskich powieściopisarek, byłby to fakt rodzenia dzieci z domniemanego poczucia powinności względem społeczeństwa i rodziny, który to fakt sankcjonuje niejako ich działalność pisarską – choć takiej skrytej, może nawet podświadomej, motywacji oczywiście w żaden sposób nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić).

Język narzędziem władzy

I tu dotykamy sedna zagrożenia – skrytym narzędziem sprawowania ideologicznej kontroli nad kobietami w patriarchacie jest sposób kształtowania oficjalnego dyskursu, na przykład poprzez obecność pewnych pojęć, a nieobecność innych, poprzez tematy tabu, nieme lub artykułowane wprost zakazy i nakazy. Zauważano już niejednokrotnie, że wartości uwypuklane przez patriarchat, postawy przez niego promowane, mity tworzone na tej podstawie mają silne zakorzenienie w języku, zwłaszcza niektórych środowisk i grup społecznych. Wiąże się to z pojęciem przemocy symbolicznej, którym posługuje się Pierre Bourdieu, autor Męskiej dominacji, zwolennik poglądu na „diaboliczny” charakter języka. Za pomocą języka można piętnować lub wykluczać, można wykorzystywać język jako narzędzie dominacji jednych grup społecznych nad innymi, stąd też, jak zauważa Agnieszka Graff, feminizm „zawsze był walką o język […]. Sukces feminizmu daje się więc mierzyć […] obecnością w publicznej debacie pewnych tematów, a nawet poszczególnych słów” (Świat bez kobiet, Warszawa 2001, s. 213). Na tym tle znamienna okazuje się walka, jaką toczy feminizm z przejawami seksizmu językowego, zwłaszcza walka o żeńskie końcówki, o używanie języka wrażliwego. Równie znamienne jest bagatelizowanie sprawy przez wiele środowisk społecznych i ciągły brak powszechnej praktyki językowej w tym zakresie, a byłaby to jedyna droga do uznania wszelkich żeńskich nazw zawodów czy stanowisk za element obowiązującej normy językowej (która, jak stwierdzili językoznawcy, cechuje się elastycznością, a zatem jest zmienna).

Kobieta w polskim życiu publicznym – z perspektywy językowej

Skoro o języku mowa, warto przyjrzeć się wybranym współczesnym wypowiedziom publicznym, aby przekonać się, czy od czasów, kiedy swoje Mitologie opublikował Roland Barthes, dokonała się zmiana w postrzeganiu świata z perspektywy płci, czy też nadal język powiela, utrwala lub transformuje patriarchalne stereotypy. Warto zadać sobie pytanie, czy za przełomem w badaniach teoretycznych, dzięki któremu do głosu doszły dziedziny nastawione na zagadnienia: Innego, różnicy społecznej czy międzykulturowości, poszły również przemiany w powszechnej świadomości, w praktykach, strategiach i nawykach komunikowania. Z jakim natężeniem występują dzisiaj w języku codziennej komunikacji, na płaszczyźnie oficjalnej jak też nieoficjalnej, takie zjawiska, jak: seksizm językowy, etykietowanie czy językowa stygmatyzacja, a zwłaszcza jak do tych zjawisk odnoszą się w swoich aktach wypowiedzi same kobiety. Czy udaje im się wyzwolić spod działania wszechwładnego stereotypu, który – jak dostrzegł Barthes – ciągle się odradza, wykorzystując system znaków językowych do produkcji kolejnych mitów.

Mimo że od momentu, gdy kobiety w Polsce zdecydowały się na zabranie głosu w sferze publicznej i podjęły walkę o swoje obywatelstwo w pełnym tego słowa znaczeniu, a więc upomniały się między innymi o prawo udziału w polityce, minęło już sporo czasu, obecność reprezentantek płci żeńskiej w tej sferze wciąż, jak już wspominałam, nie dla wszystkich jest oczywista. Z socjologicznego punktu widzenia wiąże się to z pewnością z męskością dominującego nurtu kultury w naszym kraju, implikującego określone wzorce męskich i kobiecych ról oraz zachowań. Na dychotomii męskości i kobiecości buduje się cały zestaw stereotypowych przekonań co do ról społecznych przypisywanych obu płciom, a według badań polskie społeczeństwo jest w dużej mierze nastawione na podkreślanie różnic między płciami.

Schematyzmowi oraz idącej za nim silnej stereotypizacji płciowej sprzeciwia się coraz więcej osób aktywnych na arenie polskiego życia publicznego, świadomych tych zjawisk. Niestety, częste są nadal wypowiedzi czy postawy świadczące o utrwalaniu lub wręcz wzmacnianiu polaryzacji płci, co wiąże się, rzecz jasna, z przypisywaniem reprezentantom odmiennych płci odmiennych ról społecznych. Skutkuje to między innymi niedoreprezentowaniem kobiet wśród osób sprawujących władzę. Sfera życia publicznego, świat polityki, struktur i organów decyzyjnych wciąż jeszcze postrzegane są w świadomości społecznej jako domena mężczyzn, stąd skłonność do różnego rodzaju deprecjonowania w tej dziedzinie kobiet, jak choćby podawanie w wątpliwość ich predyspozycji czy kompetencji, infantylizacja, protekcjonalne traktowanie (patrz: M. Fuszara, Kobiety w polityce, [w:] Gender w społeczeństwie polskim, pod red. K. Slany, J. Struzik, K. Wojnickiej, Kraków 2011, ss. 120, 126–127). Oprócz tych zachowań charakterystyczne jest także maskulinizujące podejście wobec kobiet w polityce, parlamencie i życiu publicznym kraju, również oparte na dychotomicznym, stereotypowym obrazie płci i związanych z byciem jej reprezentantem lub reprezentantką społecznych powinności. Jaskrawy przykład tego rodzaju podejścia stanowi wypowiedź Jacka Kurskiego wyemitowana w programie „Teraz my” przez telewizję TVN 28 listopada 2006 roku, nagrana na sejmowym korytarzu, a dotycząca polskich parlamentarzystek: „Do polityki pchają się takie kobiety, które bym…, które często są kobietonami. […] No takie dosyć cyborgi, analityczne, cechy męskie” (cyt. za: W. K. Szalkiewicz, Słownik polityczny IV RP, Wrocław 2007, hasło Kobieton, s. 151). Określenie użyte w odniesieniu do kobiet zaangażowanych w politykę w naszym kraju nosi cechy ekspresywizmu o zabarwieniu emocjonalnym i ma niewątpliwie pejoratywny wydźwięk. W innym programie – radiowym „Salonie politycznym Trójki” – poseł tłumaczył się ze swojej wypowiedzi, pogłębiając chyba jeszcze wrażenie silnego ugruntowania swoich poglądów w stereotypowym myśleniu opartym na podkreślaniu różnic między płciami: „Wypowiadałem się o cenie, jaką płacą kobiety za sukces w polityce. Polityka jest na tyle chamskim, czasem brutalnym, ekstremalnym sportem, że żeby kobieta osiągnęła sukces, często musi niestety nabyć pewnych męskich cech. Tzn. zimnej logiki, wyrachowania, braku spontaniczności […]” (ibidem, s. 152). Te słowa wyraźnie świadczą o postrzeganiu płci w perspektywie spolaryzowanej, w której obydwu płciom przypisuje się przeciwstawne cechy, uznając je za przeciwstawne typy osobowości. Z takiego postrzegania jasno wynika prosty przekaz, że kobiety do polityki się nie nadają, a przynajmniej tak zwane kobiece kobiety. Aby do świata polityki wejść, kobieta musi rzekomo nabyć męskich cech, równie zresztą stereotypowych jak te przypisywane w tym myśleniu płci żeńskiej, musi zatem stać się brutalna, wyrachowana, logiczna i wyzbyta emocji.

Istotnie, brutalny i, co gorsza, podlegający coraz większej brutalizacji zdaje się w ostatnich czasach język polityki (patrz: W. K. Szalkiewicz, Przedmowa, [w:] Słownik polityczny IV RP, op. cit). Wystarczy sięgnąć choćby do Słownika polszczyzny politycznej po roku 1989 Rafała Zimnego i Pawła Nowaka, aby uzmysłowić sobie, ile w języku współczesnej polskiej debaty publicznej nagromadziło się określeń dowodzących tej tendencji (obok brutalności pojawiają się też zjadliwa ironia, szyderstwo, cynizm i tym podobne). Oto garść znamiennych przykładów: „bura suka”, „ścierwojady” (to niektóre z inwektyw użytych przez Ludwika Dorna pod adresem dziennikarzy); beton (na przykład: „partyjny beton”, „beton feministyczny”); „dorżnąć watahy” (zwrot Radosława Sikorskiego na tle debaty telewizyjnej Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim); „dyplomatołki” (Władysław Bartoszewski pod adresem braci Kaczyńskich); „Jest pan świnią” (Włodzimierz Cimoszewicz do dziennikarza RMF FM); „Pan jest zerem” (Leszek Miller do Zbigniewa Ziobry); „katole” (o katolikach); „lumpenliberalizm” (użyte w Sejmie RP przez Jarosława Kaczyńskiego jako riposta na wystąpienie Donalda Tuska); „łże-elity” (używane przez Jarosława Kaczyńskiego); „Mołczat’ sobaki!” (poseł PiS Artur Zawisza do posłów SLD); „Narzędzie gwałtu noszę przy sobie” (Andrzej Kern, wicemarszałek Sejmu); „pisuary” (pod adresem polityków PiS); „pornogrubasy” (Stefan Niesiołowski pod adresem Aleksandra Kwaśniewskiego i Ryszarda Kalisza); „Spieprzaj, dziadu!” (Lech Kaczyński do zaczepiającego go na ulicy wyborcy); „Ty czarownico!” (o. Tadeusz Rydzyk pod adresem Marii Kaczyńskiej).

W tę zwulgaryzowaną, przesiąkniętą agresją werbalną i skłonnością do etykietowania lub nawet stygmatyzacji retorykę wpisują się także niektóre wypowiedzi kobiet-działaczek politycznych (wydaje się, że brutalność współczesnej polszczyzny politycznej jest jednak przede wszystkim „dziełem” mężczyzn, nieświadomie realizujących w ten sposób patriarchalny model „prawdziwej męskości”, opartej na rywalizacji, toposie walki, pojedynku, przeniesionym na arenę słowną – zestaw powyższych przykładów to słowa i zwroty męskich reprezentantów świata polityki). Ekspresywnych określeń o nacechowaniu emocjonalnym, typowych dla rejestru mowy potocznej, a przy tym sarkazmu, zjadliwej ironii i kpiny, nie szczędzi przeciwnikom politycznym na swoim blogu (http://senyszyn.blog.onet.pl) profesor Joanna Senyszyn. Oto kilka przykładowych zdań: „Tomasz Terlikowski, prawicowy beton nieudolnie silący się na intelekt i dowcip, ocenił, że SLD »to teraz chrząszcze«”, „Tylko w prymitywnych, zakutych łbach przywództwo kojarzy się z aktem seksualnym” (z dn. 18.10.2011 r.); nagłówek wpisu z 23 marca 2011 roku: „Prezes Kaczyński bez orgazmu”; „Największy polski narzeczony stanu, Kazimierz Marcinkiewicz, dał głos. […] Marcinkiewicz, który jako premier, niczym Koło Gospodyń Wiejskich, tańczył, śpiewał i gotował, a ostatecznie dał d…, nie widzi niestosowności takich uwag w swoich ustach” (z dn. 26.09.2012 r.; szczególnie deprecjonujące wydaje się tu sformułowanie „dał głos”, stosowane zwykle w odniesieniu do psa). Agresja werbalna przytoczonych tu przykładowych wypowiedzi Senyszyn wiąże się niewątpliwie ze swoistą poetyką bloga, formy zezwalającej na nieoficjalny ton i ekspresywne słownictwo. Warto może dodać, że to Joannie Senyszyn przypisuje się wprowadzenie do polityki terminu „kaczyzm”. „Pejoratywne zabarwienie terminu »kaczyzm« związane jest z jego podobieństwem do słowa »faszyzm« – stąd proponowana przez PIS nowa Polska miałaby mieć ustrój »kaczystowski« oparty na dyktaturze braci (Ein Reich, Ein Volk, Zwei Kaczoren!)” – pisze Wojciech Szalkiewicz.

W tym kontekście należałoby zadać pytanie, czy w tego rodzaju wypowiedziach kobiet nie odzwierciedla się przypadkiem, podobnie jak w wypowiedzi Jacka Kurskiego, schematyzm płciowy – czy kobiety mimowolnie nie wpadają w pułapkę dychotomicznego podziału, utrwalając stereotypowe podejście do zagadnienia tożsamości płciowej. Uczestnicząc w debacie publicznej, zarażają się jej brutalnością, tonem nadanym przez mężczyzn, a tym samym niejako upodabniają się do nich, stając się w ich oczach „kobietonami”, babochłopami, „babami z jajami”.

Inny rodzaj stylu kobiecych wypowiedzi zasadza się na używaniu słów o bardzo silnym nacechowaniu emocjonalnym, czasem też zabiegu hiperbolizacji w celu zwrócenia uwagi na problemy kobiet, na ważkie z ich punktu widzenia sprawy społeczne, takie jak: aborcja, marginalizacja środowisk kobiecych, dyskryminacja płciowa, kwestia parytetu. Słownictwo nacechowane pojawia się chociażby w wypowiedziach Joanny Senyszyn w ramach wspomnianego już prowadzonego przez nią blogu politycznego. Są to określenia typu: „najgorsi oprawcy”, „kaci kobiet”. Z Manifestu Partii Kobiet: „gwałcone w naszych prawach, spychane na ostatnie miejsce i nieludzko traktowane”. Również i w tym przypadku należałoby zadać pytanie o mechanizm niezamierzonego potwierdzania przez kobiety stereotypu płci. Niestety, ów silny emocjonalizm wypowiedzi może być odczytany jako potwierdzenie stereotypowego myślenia o kobiecej osobowości: mianowicie, że domeną kobiet są emocje właśnie, a nie racjonalny, logiczny dyskurs.

Głos ciała

Bardzo osobliwą formą wypowiedzenia się przez polskie polityczki, działaczki Partii Kobiet, okazał się dyskurs pozawerbalny, rodzaj demonstracji z użyciem własnego obnażonego ciała. Nago wystąpiły reprezentantki PK na plakacie wyborczym, a ich przywódczyni napisała na ten temat: „Dla mnie ten plakat ma w sobie więcej feminizmu niż setki mądrych rozpraw. Dociera do zwykłych kobiet, pokazuje, że można być dumną z własnego ciała, nie trzeba się go wstydzić ani ukrywać” (Manuela Gretkowska, Obywatelka, Warszawa 2008, s. 290). Dla mnie ten plakat mówi coś innego: to przede wszystkim dowód występowania kobiet w sferze publicznej naszego kraju z pozycji obcego, kogoś, kto poszukuje własnego języka, własnej ekspresji, kogoś, czyja obecność nie jest w tej sferze oczywista, kto musi zaszokować, by zaistnieć. Kobieta w polityce to jeszcze ciągle swoista egzotyka, baba-dziwo, jak to nazwała Agnieszka Graff.

Na podobnej zasadzie, korzystając z doświadczeń PK, działa ukraiński kobiecy ruch Femen, który demonstruje i wyraża swój protest za pomocą „przekazu wizualnego”, pojawiając się topless w miejscach publicznych. Według Anny Gucoł, szefowej i założycielki Femenu, wykorzystanie nagiego kobiecego ciała to przemawianie męskim językiem, gdyż inne tego rodzaju przekazy „często robione są przez mężczyzn i do nich kierowane” (A. Wójcińska, Piersi na barykadzie, „Gazeta Wyborcza” z dn. 31.12.2011–1.01.2012 r., s. 28). Wydaje się, że tego rodzaju komunikowanie można uznać za etap poszukiwań na drodze do wypracowania własnego kobiecego dyskursu w świecie polityki. Jedną ze strategii może być tu zalecany przez feministyczną filozofkę Luce Irigaray swoisty mimetyzm, to jest „ludyczne powtarzanie” patriarchalnych mitów, mające na celu ich osłabienie, rozbicie od wewnątrz. To chyba istota manifestacji działaczek PK, jak również Femenu. Niewątpliwie takie działania mogą przynieść pozytywny efekt, kiedy już kobiety przebiją się dzięki nim ze swoim przekazem werbalnym, uobecnią go niejako i ugruntują w przestrzeni publicznej.

Opis pewnego kuriozum

Tytułem opisu pewnego kuriozum wspomnieć można niezapomniany wywiad, którego dla „Super Expressu” udzieliła w 2003 roku posłanka Samoobrony Renata Beger. Jej wypowiedź należy niewątpliwie do tych, które kobietom w polityce sławy nie przysparzają, wręcz odwrotnie, zdecydowanie negatywnie i dyskredytująco wpływają na ich wizerunek w oczach społeczeństwa. Tabloidowy charakter gazety, choć może i stereotypowe przypisanie kobiecie dziedziny tego, co prywatne, sprawił, że tematykę wywiadu zdominowały rzeczy osobiste, na czele ze sprawami damsko-męskimi (na pytanie: „Jaki sposób miała Pani na męża?” Beger odpowiada: „Ściągnęłam go wzrokiem. Mówią, że mam specyficzny. Kolega twierdzi nawet, że mam kurwiki w oczach”; na pytanie zaś: „Lubi Pani seks?” pada odpowiedź: „Jak koń owies”; w dalszej części wywiadu polityczka opowiada o swej namiętności do czytania, dodając: „Uciekam wtedy do kibla, bo muszę skończyć” – Lubię seks jak koń owies, „Super Express” z dn. 16.05.2003 r.). Potocyzacja, wulgaryzacja, dosadność i przaśność języka tej wypowiedzi mogły stanowić przyczynek do podważania autorytetu kobiet sprawujących funkcje publiczne.

W poszukiwaniu kobiecego dyskursu – zakończenie

Obecnie w sferze polskiego życia publicznego można jednak obserwować przede wszystkim coraz większą liczbę kobiet profesjonalnie podchodzących do swojej działalności, wykształconych, znających się na rzeczy, świadomych swoich celów i niemających żadnych kompleksów względem mężczyzn, a przy tym wypowiadających się w sposób konkretny, bez wikłania się, w taki czy inny sposób, w stereotyp płci. Dobrze by było, gdyby kobiety te do świata polityki wchodziły bez zdawania swoistego egzaminu pod nazwą „uprzednie sprawdzenie się w męskim świecie”. Mam tu na myśli na przykład sukcesy w kick-boxingu czy w świecie biznesu. Wydaje się, że dla coraz liczniejszych w sferze polskiego życia publicznego kobiet kluczowym zadaniem jest znalezienie własnego języka, przemówienie niezależnym, w pełni własnym głosem, stworzenie współczesnego dyskursu kobiecego, wolnego od takich zjawisk, jak płciowa polaryzacja czy opresja różnicy. Wiąże się to z wciąż aktualnym, jak się okazuje, zadaniem konstruowania kobiecej podmiotowości w przestrzeni ciągle jeszcze androcentrycznej.


* Artykuł stanowi przetworzoną wersję wcześniejszej publikacji: Głos kobiet i o kobietach w polskim życiu publicznym. Szkic problemowy, w: Kobiety w życiu kulturowym Polski i świata, pod red. nauk. A. Chodubskiego, A. Frączek i B. Słobodzian, Gdańsk 2012.

Jestem feministką

Jestem feministką. Staram się nie być radykalna. Staram się być otwarta na dialog. Poza tym mam potrzeby duchowe. Najbliższa jest mi od kilku lat praktyka zen. Medytuję sama i w grupie, na warsztatach buddyjskich. Dzień zaczynam często od 108 pokłonów tybetańskich. Daje mi to poczucie wewnętrznej równowagi, spokoju i zdystansowany ogląd rzeczy. Czasem, spacerując po mojej okolicy, śpiewam mantry. Robię to też na warsztatach. Dzięki tym praktykom dobrze radzę sobie z emocjami, zazwyczaj jestem pogodna, pozytywnie nastawiona do ludzi (spotykam też w ostatnich latach niemal samych pozytywnych – tak to już się dzieje), uwrażliwiłam się na potrzeby innych. Chcę zrozumieć ich i siebie samą, bywa, że mi się to udaje. Wzmacniam zarówno swoją duchową, jak i cielesną stronę, ćwicząc regularnie jogę. Dojrzałam do tego, żeby móc pomagać innym. Zaczęłam uczyć się starożytnej techniki masażu z Dalekiego Wschodu. Od pewnego czasu praktykuję tę metodę. Zdarza się, że chodzę do kościoła, żeby spotkać się z Chrystusem, który ukochał wszystkich ludzi…

I wtedy moje emocje i nerwy są zazwyczaj wystawiane na najcięższą próbę. Z kazań czy innych wystąpień duchownych dowiaduję się bowiem między innymi o tym, że jestem gorsza od faszyzmu i nazizmu, a to dlatego, iż naukowo zajmuję się obecnie problematyką gender (List Episkopatu o wychowaniu do wartości z września 2013 roku – słowa te nie pojawiły się w internetowej wersji dokumentu, ale z ambon usłyszała je cała Polska) i że spowodowałam zjawisko pedofilii w Kościele katolickim (wypowiedzi arcybiskupa Michalika). W dodatku różni zaniepokojeni moją osobą znajomi katolicy ostrzegają mnie, na podstawie słów padających z ambon, że z powodu uprawiania jogi grozi mi niebawem opętanie.

Głęboki wdech i jak najdłuższy wydech… Mogłabym to zignorować. Machnąć ręką na głupotę, zaściankowość, ciasnotę myślenia, język nienawiści, manipulację i ordynarne kłamstwo, czyli na cały repertuar chwytów poniżej pasa i ataków stosowanych przez polski Kościół katolicki oraz środowiska z nim powiązane. Mogłabym nadal robić swoje i tyle. A jednak nie mogę. Chcę zaprotestować. Chcę głośno powiedzieć: dość! Milczenie to jeden z rodzajów przyzwolenia na zło. Kościół katolicki w Polsce dopuszcza się, moim zdaniem, zła. Robi krzywdę ludziom, którzy boją się myśleć samodzielnie, wprowadzając do ich głów zamęt, używając strategii kozła ofiarnego, demonizując to, co pozytywne, dezinformując, zabierając głos w kwestiach, o których nie ma zielonego pojęcia (mam na myśli przede wszystkim naukowe pojęcie gender), demonstrując swoją agresję i ślepą władzę autorytetu. Tę ostatnią już tylko do czasu. Nawet na dalekiej wsi ludzie nie chcą takich rzeczy słuchać, są zmęczeni i zniechęceni. Do tego dochodzi w przypadku wiejskich parafii terror wymuszania pieniędzy na tak zwaną ofiarę, wymienianie podczas ogłoszeń duszpasterskich z nazwiska osób, które daniny nie uiściły. Słyszałam takie ogłoszenia nie raz (trwają one zwykle dłużej niż kazanie) – z ust księży padały zwyczajne pogróżki pod adresem opornych w płaceniu; niedawno, w małym kościółku na kujawskiej wsi, dowiedziałam się od tamtejszego proboszcza, że w jego parafii wszystkie ściany domów są ze szkła, więc niech nikt nie myśli, że cokolwiek mu umknie.

Jestem feministką. I buddystką. I literaturoznawczynią zainteresowaną naukowo zagadnieniem gender. Chrystusa spotykam w ludziach, w których on mieszka, i w sobie samej. Mieszka on też w zwierzętach i roślinach, w skałach, w morzu, w całej Ziemi – jestem tego pewna. Mieszka w ludzkim ciele, które nie jest „grzeszne”, „nieczyste” lub oddzielone od duszy, co odkrywa przed nami między innymi wspaniały system jogi, będącej stanem umysłu, balansem i szczęśliwością. Czy mieszka w polskim Kościele katolickim? Sami/same sobie na to odpowiedzcie.

Emancypantka

Przy ognisku…

Jest środek upalnego lata. Coś z tą kanikułą trzeba począć, a więc sobotnim wieczorem kolejne miłe sąsiedzkie spotkanie przy ognisku. Jak to przy ognisku – dość suto zakrapiane, czymś trzeba spłukać tłustawą kiełbaskę opieczoną, a czasem nieco zwęgloną, w płomieniach. I jak to przy ognisku – rozmowa toczy się wartko na rozmaite tematy, a że towarzystwo mieszane, schodzi również na sprawy damsko-męskie. Żartujemy. Trochę obgadujemy nieobecnych: pewna znajoma singielka znalazła sobie żonatego faceta, który tak się w niej zakochał, że z miejsca wszczął sprawę o rozwód. Żona zresztą i tak już od dawna przestała wykazywać jakiekolwiek zainteresowanie czymkolwiek, zwłaszcza zaś małżeńskim seksem. To zupełnie tak jak we wszystkich małżeństwach dookoła – żartujemy. Normalka. I nikt się zaraz z takich błahych przyczyn nie rozwodzi.

Zdecydowanie większe emocje wzbudza poruszona w następnej kolejności kwestia prania i prasowania. Panowie wykazują nagłe ożywienie, solidarnie wyrażając swój bunt przeciw wykonywaniu tych prozaicznych czynności. To domena kobiet! Niby dlaczego oni mieliby to robić?! Ale przecież robią, o ile mi wiadomo… No tak, to tylko takie żarty przy ognisku, a że trochę seksistowskie… nie popadajmy w przesadę. Panowie wiedzą przecież, co to partnerstwo, równouprawnienie, podział obowiązków domowych, są cywilizowani, no, przynajmniej do drugiego piwa. Od trzeciego w górę, jak to się mówi, wyłazi, co w człowieku siedzi, może zatem pojawiać się resentyment – tęsknotki i ciągoty za starym dobrym patriarchatem, który dawał poczucie bezpieczeństwa, że nie będzie się o cokolwiek atakowanym: kobiety potulnie usługiwały reszcie rodziny. Taka ich rola, być dla siebie na samym końcu, za dużo nie myśleć („kobiety nie są od myślenia” – usłyszałam kiedyś, o zgrozo, od pewnej kobiety). To chyba jednak społeczna krzywda, że na tę szacowną patriarchalną tradycję przeprowadzono domowy zamach?

Które to już party o podobnym scenariuszu? Najwdzięczniejszym obiektem żartów podpitego męża staje się niezmiennie jego druga połówka, śmieszna jakaś, bo domaga się od niego prasowania czy zmywania naczyń… a poza tym wiecznie gdera… ciągle boli ją głowa… co tam jeszcze? Ogólnie, męcząca z niej osoba, stale ma jakieś pretensje, a jak zbliża się u niej okres, to już kompletnie nie idzie z nią wytrzymać, kto by tam zniósł to jej trzeszczenie nad uchem… Tak sobie żartujemy… i trochę zgrywamy macho przed kolegami. Tylko dlaczego panie się nie śmieją? Szczególnie jedna z pań – ta, co niedawno została feministką i oczywiście natychmiast opuściło ją wszelkie poczucie humoru (a także gwałtownie zbrzydła). W dodatku pani owa uprawia jogę, a to przecież grozi opętaniem – ksiądz proboszcz tłumaczył owieczkom w zeszłą niedzielę z ambony. Zwłaszcza tu, za miastem, gdzie wszyscy się znają, zdaje się to niebezpieczne. Inne panie po prawdzie też uczęszczają na jogę – dobrze im to robi na kręgosłup i na duszę, ale to dręczące poczucie winy, ten lęk, że się grzeszy… Kościół przecież tego zabrania! Jest jednak sposób, by nie opętał nas diabeł: po każdej asanie odmówić jak najszybciej zdrowaśkę, na koniec zaś dziesiątkę różańca i pędem pognać do spowiedzi. To nas może uratować. Tylko co uratuje nas od ciemnoty i głupoty, w dodatku niezmiennie rwącej się do rządu dusz?

Czytam akurat o wspaniałych inicjatywach Boya i Ireny Krzywickiej, pary reformatorów polskiej obyczajowości sprzed drugiej wojny światowej, o ich krzewieniu „życia świadomego”, ich nieustającym podkreślaniu, że spełnienie (w tym także, a może przede wszystkim spełnienie erotyczne − a jeśli już nie, to niechby przynajmniej była ta joga!) oraz poczucie osobistego szczęścia jednostki to podstawa zdrowego społeczeństwa. Mało tego, żywiono wówczas głębokie przeświadczenie, że przemiana ludzkości w wolnomyślną i niezależną, żyjącą bez fałszu, hipokryzji i zakłamania, samorealizującą się, to kwestia niedługiego czasu, właściwie moment. Intelektualiści i filozofowie początku XX wieku byli przekonani, że patriarchalny model małżeństwa i rodziny, a nawet w ogóle instytucja małżeństwa, to przeżytek, otwarcie lansowali swobodę obyczajową w imię spełnienia właśnie. Taki na przykład Bertrand Russell uważał, że małżeństwa posiadające dzieci rozwodzić się nie powinny, by potomstwu nie wyrządzać krzywdy, a jako remedium na kryzys i brak pożycia małżeńskiego proponował poligamię. Krzywicka za poliamorią nie tylko orędowała, ale także sama ją praktykowała. Aż nie chce się wierzyć, że taki liberalizm już w dwudziestoleciu był możliwy! Rozglądam się wokół siebie, patrzę na siebie samą, na innych i pytam: gdzie my żyjemy? W którym wieku? Czy aby na pewno w XXI?

Ognisko pomału dogasa. Ton naszego żartowania za sprawą nieco jednak urażonych pań z lekkiego przechodzi nagle w przyciężkawy, atmosfera siada. Nie da się ukryć, „baby są jakieś inne”, na przykład nie potrafią rechotać z „grubych” żartów. Teraz to one z kolei zaczynają przymawiać panom, tak niby dla hecy, coś tam przebąkiwać o nieuniknionym, kiedyś wreszcie, jak już dzieci będą odchowane, rozwodzie… Na takie żarty, drogie panie, jest tylko jeden niezawodny lek – jak już zażegnamy kaca i wszystko po imprezie pozmywamy, posprzątamy, spotkamy się w niedzielę w naszym wiejskim kościele (bo tak trzeba, inaczej poszłybyśmy do piekła). Tam nas postawią do pionu. Dość fanaberii, w Polsce, kraju katolickim i jedynie z pozoru rodzaju żeńskiego, patriarchalna rodzina (choćby jej głowa była nie wiem jaką parodią mężowskiego i ojcowskiego autorytetu) jest święta! I żeby was przypadkiem diabeł nie opętał! (Zwłaszcza ten w sutannie).

Emancypantka

„Obywatelka. Pismo Egalitarne”

„Obywatelka. Pismo Egalitarne”, jak sama nazwa wskazuje, jest z założenia dla wszystkich, nikogo nie chce wyróżniać, nikogo wykluczać, z nikim szczególnie się bratać. Jesteśmy zdania, że każdemu obywatelowi i każdej obywatelce należy się solidna wiedza na temat spraw obywatelskich, takich jak demokracja, równość wszystkich obywateli, równouprawnienie płci czy walka z dyskryminacją. Użycie w tytule formy żeńskiej ma zwrócić uwagę na to, że „Obywatelka” to pismo tworzone w przeważającej mierze przez kobiety, kierowane zaś zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn, choć z perspektywy kobiecej świadomie konstruowane.

Interesują nas zagadnienia społeczne, polityczne, a także kwestie szeroko pojętej kultury w ujęciu, by tak rzec, nacechowanym płciowo, gdyż płeć – jako fenomen społeczno-kulturowy (gender) – determinuje według nas te wszystkie sprawy, nadaje im szczególny charakter. Postawienie zaś w centrum płci żeńskiej i budowanie wokół niej naszej narracji wynika z poczucia silnej obecnie potrzeby definiowania tejże, tworzenia kobiecej podmiotowości, rysowania mapy współczesnej kobiecości i związanych z nią problemów, z zaznaczaniem na niej szczególnie istotnych punktów.

Zachęcamy do lektury!

„Mężczyźni o feminizmie”

Feminizm jest dla mnie szansą na normalny układ partnerski w domu. Dzielimy się obowiązkami i wspólnie planujemy nasze życie. Oczywiście, wiąże się to z rezygnacją z męskiej niezależności, ale przy świadomym układzie, pozwala to stworzyć pełniejszy i bardziej świadomy związek. Jest trudniej, ale przez to ciekawiej.

Marcin Kamiński, przedsiębiorca

 


Feminizm to dla mnie działalność mająca na celu wyrównanie szans i praw dla kobiet w codziennym życiu. To działanie potrzebne i ważne, w końcu człowiek nie powinien być oceniany ze względu na płeć, ale kompetencje i umiejętności. Moim zdaniem czasem takie działanie prowadzone jest zbyt skrajnie i może mieć na celu nie „wyrównywanie szans”, ale „zwiększenie władzy kobiet”. Możliwe że na takie postrzeganie wpływają artykuły i relacje w mediach, niemniej jednak uważam, że upominanie się o prawa kobiet jest bardzo ważne i znaczące, ponieważ w wielu sytuacjach ich rola bywa deprecjonowana.

Jakub Knera, dziennikarz i socjolog

 

Feminizm jest dla mnie postępowym ruchem społecznym, który w polskich warunkach symbolizuje nowoczesne myślenie, podkreślającym równość płci kobiety i mężczyzny w życiu społecznym. Feminizm walczy o prawa kobiet do równego traktowania we wszystkich aspektach życia społecznego i prywatnego.

Feminizm podejmuje trudne kwestie społeczne, takie, których inni nawet nie próbują publicznie ruszyć, takie sprawy, które są tematami tabu.

Feminizm dobrze mi się kojarzy, wiążę go z szerzeniem oświaty, otwartością poglądów i tolerancją. Feminizm to przede wszystkim ludzie, którzy są oddani swoim poglądom i walczą o nie, to pracowici, zdeterminowani, odważni, na swój sposób bohaterscy ludzie, niestety/stety – kobiety.

Janusz Chilicki, komandor ppor. rez.

 

Feminizm dla mnie to racjonalizm, odpowiedzialność i sprawiedliwość. To traktowanie każdego człowieka równo, bez względu na płeć. Feminizm to nadzieja na lepszy świat!

Marcin Rodzinka, Instytut Podkarpacki

 

 

Feminizm nazwałbym dzisiaj sposobem uświadomienia sobie przez kobiety własnej wolności i własnych możliwości działania. W każdym razie nie jest to tylko nurt polityczny, ale raczej postawa wobec świata, postawa afirmującą, gdzie dąży się do współdziałania, a nie do rywalizacji. Feminizm więc nie musi dotyczyć tylko kobiet, choć od nich się zaczyna.

Andrzej Mestwin, poeta

 

Feminizm to dla mnie szacunek dla kobiet i przekonanie o ich możliwościach. Feminizm oznacza, że dla kogoś jest oczywiste, że premierem, dyrektorem, księdzem czy naukowcem może być zarówno kobieta, jak i mężczyzna, że zarobki nie powinny być różnicowane ze względu na płeć. Mam nadzieję, że się tu nie narażę, jednak czasem zauważam, że u niektórych kobiet feminizm przechodzi w niechęć do mężczyzn, a to już nie wydaje mi się równościowym podejściem.

Marcin Gerwin, Sopocka Inicjatywa Rozwojowa

obywatelka