Get Adobe Flash player

Założę czerwone spodnie

W latach 80. tłumaczyła solidarnościową dokumentację, a na emeryturze postanowiła przetłumaczyć książkę o Polkach. Pomogły jej w tym treningi pamięci dla seniorów.

22

Podobno wszystko zaczęło się niebanalnie, bo od tłumaczenia materiałów dla „Solidarności”. Tak było?

Zawsze byłam blisko tego, co się działo w Polsce. W 1956 roku, w czerwcu, po szkole pojechałam na wakacje do dziadków do Poznania. Stałam akurat na targu, gdy przechodził pochód z zakrwawionym sztandarem. Śpiewali „Rotę”. Jedynym wyjątkiem, kiedy nie brałam udziału w czymkolwiek, był marzec 1968 roku; urodziłam wtedy syna. W latach 80. w solidarnościowej zawierusze znalazłam się całkiem z przypadku i tak już zostałam. Szukali tłumaczy, ja znałam francuski, a Francja była wtedy bardzo zainteresowana tym, co działo się w Polsce; w końcu oni też mieli swoją rewolucję. We Francji młodzi ludzie na uczelni zbuntowali się przeciw społeczeństwu konsumpcyjnemu. Szukali innego systemu. Jak usłyszeli, co się dzieje w „Solidarności”, bardzo się zaintrygowali. Kraj, w którym robotnicy i chłopi byli przodującą siłą narodu, nagle zbuntował się przeciwko władzy. Francuzi masowo tu przyjeżdżali, byli zainteresowani naszą sytuacją, bardzo nam później pomagali.

 

Wtedy poznała pani francuskiego pisarza i dziennikarza Gérarda Guégana?

Zaraz po podpisaniu porozumień gdańskich. A zaczęło się od pytań o… całowanie w rękę. Czekaliśmy akurat na Lecha Wałęsę i tak od słowa do słowa Guégan powiedział, że jest w Polsce już parę dni i zaintrygowały go polskie kobiety, że chciałby o nich napisać książkę. Stwierdził, że Polki są naprawdę odważne i wiedzą, o co im chodzi. I słusznie, miał rację.

Wrócił w listopadzie i napisał, co chciał, a książka „Polki. Podróż do wnętrza Polski” została wydana we Francji w 1981 roku. Przesłał mi wtedy egzemplarz w okładce „Jak zadbać o zdrowie rodziny”; dla niepoznaki, żeby cenzura przepuściła. U nas publikacja przeszła bez echa.

 

Ale to się na szczęście zmieniło.

 

Cały czas coś się działo, stan wojenny, zjazdy solidarności, więc nie miałam możliwości poświecić tego czasu książce. Książka odeszła w zapomnienie. Dopiero niedawno temat ten wrócił do życia, gdy poznałam młode osoby ze Stowarzyszenia WAGA. Elżbiecie Jachlewskiej spodobały się historie, które jej opowiedziałam. Postanowiła, że trzeba przetłumaczyć książkę i wydać ją na polskim rynku. Przeraziłam się, bo nie jestem już młoda i nigdy nie tłumaczyłam beletrystyki. W dodatku Gérard Guégan, autor „Polek” jest bardzo znanym pisarzem we Francji. Zastanawiałam się i wtedy trafiłam gdzieś na recenzję jego książki, gdzie tytuł – „Polki” – przetłumaczono jako „Polonezy”. Zadałam sobie wtedy pytanie, o czym oni myśleli, o samochodach? Bo chyba nie o kobietach? Zadecydowałam, że powinnam to zrobić.

 

Od czego pani zaczęła?

Zaczęłam chodzić na zajęcia dla seniorów do ośrodka psychogeriatrycznego w Sopocie przy ulicy Rzemieślniczej. Testy zawierały między innymi doskonałe ćwiczenia na synonimy, co przydaje się w tłumaczeniu do złapania melodii zdania; pierwszy z brzegu wyraz nie zawsze ją oddaje. Do tej pory najczęściej tłumaczyłam dokumenty, metryki, prawa jazdy, ale też solidarnościową dokumentację. Jeździłam jako tłumaczka na kongresy, gdzie przyzwyczajona byłam do zupełnie innego słownictwa, a tu było dużo odniesień do literatury światowej, były cytaty,  których musiałam szukać. Na szczęście pomogli mi w tym dobrzy ludzie, wspierało mnie wiele osób. W końcu autor zapowiedział swój przyjazd na sierpień 2015 roku i trzeba było wydać książkę. Tym zajęło się Stowarzyszenie WAGA.

 

A co z treningiem pamięci?

Trening pamięci, który zrodził się z potrzeby pracy nad książką, wszedł mi w nawyk. To jednak nie tylko przypominanie sobie, czy poznawanie nowych słów. To także zwiększenie uwagi na drugiego człowieka, wyjście z rutyny, ze schematu, w który na starość się wpada.

 

Czuje pani dumę z tego, co osiągnęła?

Nie. Ja cały czas nie jestem pewna, czy wszystko dobrze zrobiłam. Nie należę do osób, które czują i widzą swój sukces. Cały czas jeszcze szperam w tej książce i myślę, że można było zrobić to lepiej. Może dlatego, że moi rodzice byli wobec mnie bardzo wymagający? Rzadko jestem z siebie zadowolona. Moim sukcesem jest moje dziecko, syn. A poza tym wielu ludzi nauczyłam języka i to  daje mi satysfakcję, jednak zawsze szukam w sobie braku, czegoś, co źle zrobiłam. Mało to feministyczne, prawda?

 

Ale jakąś cegiełkę pani do tego „muru” dołożyła?

Cieszę się, że mogłam zrobić coś, co wpłynęło na zmiany w Polsce, że mogłam się do tego choć w drobnym fragmencie przyczynić. I chciałabym,  aby to dzieło trwało, żeby tego nie zaprzepaszczono. Mam nadzieję, że ta książka też przyłoży się do tej pamięci, ale nie dlatego, że ja ją przetłumaczyłam tylko dlatego, że jest ważna.

 

Wnioski z pracy nad „Polkami”?

Trzeba kontynuować aktywność nawet, jak jest ciężko. Kiedyś wyobrażałam sobie, jak to poszaleję na emeryturze. I co? Nie miałam już sił, ani psychicznych, ani fizycznych. Ale coś trzeba robić, dla siebie i dla innych, wtedy ma się z życia więcej satysfakcji.

 

Historię Teresy Zabży poznamy w filmie dokumentalnym „Założę czerwone spodnie”. Zabża wystąpi w nim jako jedna z dziesięciu kobiet, których nie ogranicza wiek.

Zadanie współfinansowane jest ze środków otrzymanych z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020.

 (materiały promocyjne filmu)

Komandor w stanie spoczynku, feministka i jedna z pierwszych kobiet w wojsku. Czas na emeryturze spędza nadal walcząc o prawa kobiet.

 !2

Co jest dla pani najważniejsze w życiu?

Bezpieczeństwo. Ale nie tylko krajowe czy międzynarodowe, tylko po prostu zdrowotne, finansowe, związane z dobrym życiem.

Za bezpieczeństwem finansowym idzie pewna niezależność, a to tworzy wolność, która jest jedną z  najważniejszych wartości. Myślę, że takie postrzeganie ma w dużej mierze związek z zawodem, jaki wykonywałam, ale uważam, że dla każdego człowieka są to ważne aspekty. Bezpieczeństwo to fundament naszego życia i na tym możemy dopiero budować całą resztę.

 

Obecnie jest pani na emeryturze. Jak wygląda życie wojskowej emerytki?

Uważam, że jest to bardzo fajny okres. Mogę spełniać wszystkie swoje marzenia. Moje życie zawodowe było służbą na wysokich obrotach, na ciśnieniu, z wieloma obowiązkami, które nierzadko trudno było łączyć z życiem prywatnym. A emerytura jest czasem, gdy człowiek żyje wolniej i w ogóle smakuje życie.

Służbę w wojsku pełniłam 26 lat. To swego rodzaju piętno, znak na życiorysie, bo to ogromna dyscyplina, niemożność należenia do żadnej partii. Człowiek żyje w pewnego rodzaju ograniczeniu i wyraża na to zgodę. Służba wywiera duży wpływ na życie, stąd panowie często wspominają przyjaciół z wojska (śmiech).

 

No właśnie, panowie z wojska. Pani była jedną z pierwszych kobiet w polskim wojsku. Jak pani wspomina tamten czas?

Gdy wstępowałam do wojska, nie było w nim kobiet. Wojsko nie było przygotowane na naszą obecność. Pomyślałam wtedy, że muszę zawalczyć o zmianę przepisów, uwarunkowań i dostosować je do naszej obecności w tej instytucji. Dopiero w 1999 roku po wstąpieniu do NATO można było przepisy zmienić tak, abyśmy miały równe prawa i obowiązki, jak mężczyźni. Kobietom wreszcie pozwolono uczyć się w szkołach wojskowych, bo o jakiej równości można było mówić jeśli nas przyjęto bez przygotowania wojskowego? Przyszłyśmy po studiach cywilnych w specjalnościach, które były w wojsku poszukiwane. Nie byłyśmy jednak przygotowane do służby i to nie było równe względem mężczyzn. Przygotowane były dopiero te panie, które rozpoczęły naukę w szkole wojskowej.

W 1999 roku podczas uczestnictwa w spotkaniu kobiet z NATO postanowiłam założyć zorganizowaną grupę. Była to Rada do Spraw Kobiet w Siłach Zbrojnych RP. Dopiero w 2004 roku powstało w niej etatowe stanowisko; dotąd robiłyśmy to społecznie. Później walczyłyśmy o strukturę etatową, bo trudno zajmować się czymś odpowiedzialnie, co pochłania dużo czasu poza pracą zawodową. Ja nie zostałam wtedy na tym stanowisku i dalej pracowałam społecznie. W 2009 roku zostałam wybrana na pełnomocnika ministra obrony narodowej ds. wojskowej służby kobiet, a jednocześnie byłam przewodniczącą rady ds. kobiet, którą założyłam i której przewodniczyłam. Prawa zaczerpnięte z NATO próbowałyśmy nanieść na nasz grunt. Udawało się to drobnymi kroczkami.

 

Dalej była współpraca z kobietami z innych służb mundurowych.

Zaczęło się od Kongresu Kobiet, tam spotkałyśmy się z innymi paniami w mundurach. Miałyśmy podobne problemy z dyskryminacją, z umundurowaniem, z łączeniem służby i macierzyństwem. To zawsze była kość niezgody w każdym z resortów. Stworzyłyśmy więc grupę przy pełnomocniku rządu ds. równego traktowania. Pani Agnieszka Kozłowska-Rajewicz pomogła nam zorganizować zespół „Kobiety w służbach mundurowych”. Była to druga organizacja, która zajęła się sprawami służby kobiet na szerszym forum.

 

Było się czym zajmować?

Ilość kobiet w wojsku wzrastała, a wojsko od zawsze było nastawione na mężczyzn. Na początku chciano wyrzucić z uczelni kobiety w ciąży. Ale nasza praca, nasz protest poskutkował tym, że stworzyłyśmy przepisy pozwalające kobiecie zostać na uczelni po urodzeniu dziecka. Tak samo do naszej pragmatyki w wojsku włączyliśmy urlopy ojcowskie. Wszystko po to, żebyśmy mogły się realizować w wojsku jednocześnie nie uciekając od obowiązków rodzicielskich. Bo my się od tego nie odżegnujemy.

 

Kobiety trafiające do wojska zwykle są dobrze zmotywowane i odważne?

Tu nie mogą trafić kobiety tchórzliwe. Mało tego, one często są bardziej odważne od mężczyzn.  Mężczyznom nikt zresztą nie stawia takich warunków, że muszą być odważni, bo wydaje się, że oni są już tacy z natury. Przed kobietą stawia się takie wyzwanie. I ta odwaga przydaje nam się na co dzień w szkole wojskowej, bo już tam musimy stawić czoło wieku przeciwnościom, kolegom, którzy z jednej strony akceptują kobiety w wojsku, a jednocześnie wojsko traktowane jest jako ten bastion męskości, tak jak i we wszystkich służbach mundurowych. Wciąż nie ma tej akceptacji. Wydawałoby się, że młodzi chłopcy wychowani przez nowoczesne matki tak nie myślą, a jednak oni często przejmują te bardzo konserwatywne poglądy i potrafią naśladować  starszych kolegów chcąc przejąć prawa, o które walczą kobiety. Na szczęście coraz więcej jest rozumiejących ludzi. Być może to poprawność polityczna, ale od czegoś trzeba zacząć.

 

Co jeszcze jest odwagą kobiet w wojsku?

Odwagą jest też zareagowanie na nieprawidłowości. Podziwiam dziewczyny, które zgłosiły kwestię molestowania. Był taki przypadek kilka lat temu na misji. Trzeba było mieć naprawdę nie lada odwagę. Bardzo często kobiety zostawiają takie rzeczy gdzieś tam, z tyłu myśląc, że może samo się rozwiąże. Nic się nie rozwiąże. Te kobiety doprowadziły do sprawy w sądzie, a ich oprawca został oskarżony i ukarany. Gdyby tę sprawę zostawiły to nie pomogłyby ani innym dziewczynom ani sobie.

 

Pani kiedyś i dziś?

Moja aktywność w służbie było wysoka, może nie stuprocentowa, bo wiele zadań musiałam robić po pracy. Dzisiaj będąc na emeryturze ta aktywność dużo mniejsza, ale nadal jest, pomaga człowiekowi lepiej się trzymać, być w lepszej kondycji. Nie chciałabym tej poprzedniej aktywności, bo ostatnio była ponad moje siły. Kilkanaście lat spędziłam w dojazdach. To była rozłąka z rodziną, a dzisiaj mogę być w domu z bliskimi i robić to, na co kiedyś brakowało mi czasu, udzielać się społecznie dla innych kobiet, które potrzebują wsparcia. Mam pewne doświadczenie i mogę dać je innym ludziom. Nie zniosłabym życia zamkniętego tylko w domu w kuchni, choć potrafię znaleźć przyjemność w dbaniu o dom i gotowaniu. Dziś czuję się  bardziej kobietą, niż przedtem. W mundurze nie mogłam epatować kobiecością, byłoby to nieprofesjonalne mężczyźni tego nie chcieli. Dziś mogę wszystko, a nic  nie muszę. We mnie jest duch niespokojny, żeby się działo, żeby coś robić. Mogę współpracować z Partią Kobiet, jeździć na Kongresy Kobiet, ostatnio też zaangażowałam się w Ruch Odrodzenia Gospodarczego.

Dziś oddaję doświadczenie, które zdobyłam wcześniej. Przecież, jesteśmy tyle warci, na ile jesteśmy przydatni dla innych ludzi.

 

Przeniosła coś pani coś ze swojej działalności pro kobiecej na grunt rodzinny?

Dziś wiem, że kobiety czasem znajdują się w sytuacjach bez wyjścia: wyszły za mąż, nie mają wykształcenia, zawodu, za to mają dużo dzieci i nagle zostają bez męża, w sytuacji krytycznej. I wiele kobiet nie uświadamia sobie tego, że trzeba wcześniej myśleć o samodzielności, zaszczepiać młodym dziewczynom, że muszą się uniezależniać, mieć w kieszeni dyplom i zawód, żeby nie liczyć na czyjeś pieniądze. Tak wychowałam swoją córkę. Ona wie, że musi być równym partnerem dla swojego chłopaka, a w przyszłości może męża.

 

Minusy emerytury?

Staram się o nich nie myśleć.

 

Plusy?

Emeryturę dostrzegam, jako ogromną zaletę i spokój, brak stresu jaki mi towarzyszył na co dzień w życiu wojskowym. Dziś mam czas, mogę zadbać o swoje zdrowie, wiele rzeczy jest dziś dla mnie nieważnych, a kiedyś były istotne. Dziś chciałabym smakować życie, cieszyć się drobiazgami.

Minusów staram się nie widzieć. A jak to będzie w przyszłości? Zobaczymy!

 

Historię Bożeny Szubińskiej poznamy w filmie dokumentalnym „Założę czerwone spodnie”. Szubińska wystąpi w nim, jako jedna z dziesięciu kobiet, których nie ogranicza wiek.

Zadanie współfinansowane jest ze środków otrzymanych z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020.

 (materiały promocyjne filmu)

 

Jest gdynianką z dziada pradziada. Ma multum pomysłów i wszystkie je realizuje. Historię Urszuli Zalewskiej poznamy w filmie dokumentalnym „Założę czerwone spodnie”. Wystąpi w nim, jako jedna z dziesięciu kobiet, których nie ogranicza wiek.

 

!3Gdybyś miała przedstawić siebie w skrócie, to co byś powiedziała?

Urszula Zalewska, kobieta spełniona, działaczka społeczna, prezeska Fundacji „NADAKTYWNI”  którą utworzyłam z mamą i córką, laureatka konkursu im. Heleny Radlińskiej, absolwentka Programu Liderzy Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności realizowanego przez Fundację Szkoła Liderów, członkini Pomorskiej i drugą kadencję Gdyńskiej Rady Działalności Pożytku Publicznego, radna Śródmieścia Gdyni. To ja!

 

Jesteś jedną z bohaterek filmu „Założę czerwone spodnie”. O czym w nim opowiadasz?

Opowiadam o pewnych obszarach swojego życia. Opowiadam o tym, że warto uwierzyć w spełnianie się marzeń, ale nie w to, że spełniają się one same. Tak naprawdę, żeby się ziściły, trzeba popracować; w moim przypadku jest to możliwe wyłącznie z ludźmi. Jestem liderką zespołową, nie wyobrażam sobie działalności solowej, aczkolwiek wiem, że innym to wychodzi. Mnie nie. Ja czerpię siłę z działań ludzi i to sprawia mi frajdę, to mnie kręci.

 

W filmie będziemy mogli zobaczyć, jak dziergasz z koleżankami. Co chcesz przez to pokazać widzom?

Dziergam z wolontariuszkami. Jednym z projektów Fundacji „NADAKTYWNI” jest „Manual Factory dzierganie z sercem” trwający już siódmy rok. To projekt na bazie dziergania, ale tak naprawdę dzieje się wiele rzeczy na wielu płaszczyznach. Wyciągamy seniorki z domów, powodujemy, że czują się potrzebne. Ważna jest też integracja międzypokoleniowa, bo jednocześnie uczymy dziergania młode dziewczyny. Dzierganie jest frajdą, rodzajem odpoczynku, a przy okazji robimy koce dla domów opieki społecznej, szale dla pań w hospicjach i skarpetki dla dzieci w szpitalach.

 

W filmie pojawia się także wątek ubierania przestrzeni publicznej.

Tak. Raz w roku cała dziergająca społeczność na świecie, a jest ich więcej, niż wszystkich Polaków, w drugą sobotę czerwca obchodzi Międzynarodowy Dzień Dziergania w Miejscach Publicznych. My w Gdyni robimy to prawie co roku. Wyszukujemy jakiś fragment przestrzeni i staramy się ją zaaranżować miękkimi, fajnymi, wydzierganymi rzeczami, w odróżnieniu od takiego twardego, nieodwracalnego graffiti. Obdziergiwałyśmy w Gdyni słynny pomnik rybek, dziergałyśmy u stóp Abrahama florę i faunę morską, a teraz zastanawiamy się, w co w przyszłym roku ubierzemy  pomnik przedstawiający Parę Kaszubów.

 

W filmie mówisz również o swojej działalności z innych dziedzin.

Tak, jestem radną Śródmieścia Pochodzę z rodziny, która budowała Gdynię i dla mnie jest to moje miejsce na ziemi. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Zależy mi na tym, żeby w Gdyni dobrze się mieszkało. Nie jest łatwo, bo potrzeby mieszkańców są różne. Wypośrodkowanie bywa czasem skomplikowane.

 

Nie będziemy zdradzać wszystkich tajemnic, tu zapraszamy widzów do obejrzenia filmu. A tymczasem powiedz, jakie masz najbliższe plany? Nad czym pracujesz?

Ale jako kto?

 

No właśnie, jako kto? Dobre pytanie.

(śmiech)

 

To może opowiedz, co planujesz i jako kto.

(śmiech)

Po skończeniu 60. lat dostaję sygnały od moich rówieśniczek, że trochę ubywa nam pewności siebie. To głupie, ale tak jest. Poczucie pewności u kobiet 60 plus trochę maleje, a ja marzę o tym, żeby wszystkie kobiety w Polsce poznały WenDo. I dlatego też, jako radna, w konkursie miasta „Przyjazna dzielnica” napisałam projekt o Gdyńskiej Akademii Samoobrony Seniorów. Jednym z punktów projektu jest WenDo. Bardzo się z tego cieszę, sama też chcę przez to przejść. Bo z nami kobietami to trochę jest tak, że nie uderzymy, bo boimy się zrobić krzywdę. W zamian tego mówimy: „Ojej, ty wstrętny wrogu, przestań nam to robić!” A nie! Ja chcę to zmienić! Takie warsztaty przemeblowują ci sposób myślenia w przypadku znalezienia się w sytuacji zagrożenia.

Podoba mi się też idea ogrodów społecznych. Co prawda w mojej ukochanej Gdyni 1/3 powierzchni to tereny zielone, ale w centrum wcale ich tak dużo ładnie zagospodarowanych nie ma.

Znalazłam w Polsce jedną z fundacji, która daje środki na takie ogrody społeczne i myślę, że nad tym właśnie popracuję.

 

A jako prezeska fundacji co planujesz?

Jako prezeska fundacji dużo rozmawiam z moimi dziewczynami. I często słyszę: „marzy mi się”, „chciałabym”, „fajnie by było”. I trzy lata temu jedna z dziewczyn powiedziała: „Jak ja chciałabym nauczyć się tkać!”. I to było ziarenko, które zaczęło mi kiełkować w głowie. Zaczęłam się rozglądać. W gdyńskim Laboratorium Inicjatyw Społecznych odbyło się spotkanie innowatorów społecznych Ashoka. Były tam dziewczyny z małej wioseczki Mikorowo. Zapytałam, czy mogłyby zorganizować warsztaty tkackie. I tak się zaczął nasz kontakt, który niedawno zaowocował wyjazdem na naukę tkania. Wsiąkłyśmy w tkactwo po uszy! Teraz chcę w Gdyni zorganizować pracownię tkacką. Starania już trwają. Naszym wkładem będą krosna, które już kupiłyśmy i włóczka, którą już zebrałyśmy i którą nam podarowano. Ale tak naprawdę w tym wszystkim najważniejszy jest wspólnie spędzony czas. Chcemy oderwać młodzież od Pokemonów i  komputerów. Spowodować, że ludzie będą się spotykać i rozmawiać. Że coś się zadzieje, jak kiedyś.

 

 

Historię Urszuli Zalewskiej poznamy w filmie dokumentalnym „Założę czerwone spodnie”. Zalewska wystąpi w nim, jako jedna z dziesięciu kobiet, których nie ogranicza wiek.

Zadanie współfinansowane jest ze środków otrzymanych z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020.

 (materiały promocyjne filmu)

Padł pierwszy klaps, ruszyły zdjęcia do filmu „Założę czerwone spodnie”. Oto nasza pierwsza bohaterka:

4e7487eb-1d82-4ccd-b74d-e5e5529c2ab4

 

 

Z wykształcenia jest ekonomistką i ekonomią zajmowała się przez ostatnie 35 lat. Kapelusze jednak zaczęła szyć dużo wcześniej. Można nawet powiedzieć, że kontynuuje rodzinną tradycję.

 

Całe życie z kapeluszami – mówi pani Krystyna Ochędzan z Gdańska. – W mojej rodzinie miałam ciocie modystki i mama często mnie do nich zabierała. One piły kawę, a ja buszowałam w kapeluszach. Przymierzałam wszystkie, i te uszyte, i te nieuszyte. Od tamtej pory to moje hobby. A dlaczego nie zawód? Wiedziałam, że trzeba mocno stać na ziemi i zarabiać pieniądze, stąd wybór ekonomii.

 

W konkursie na najpiękniejszy kapelusz, organizowany na sopockim Hipodromie, pierwszy raz wzięła udział w 2014 roku.

 

Koleżanka w pracy zasugerowała, że skoro cały czas chodzę w kapeluszach, to powinnam wystartować w konkursie – opowiada pani Krystyna. – Doszłam do wniosku, że nie jest sztuką kupić kapelusz i samemu go udrapować. Sztuką jest samodzielnie wykonać go od A do Z. I to mnie pociągnęło.

 

Pani Krystyna podczas pierwszego sopockiego konkursu na najpiękniejszy kapelusz zajęła drugie miejsce. Rok później – trzecie. Nic dziwnego, że Gdańszczanka wygrywa, bo jej kapelusze, jak sama o nich mówi, są nie z tej bajki.

 

Córka mi powiedziała, że wyglądam, jakbym była z „Alicji z krainy czarów” – śmieje się pani Krystyna. – Pytała się, czy inspirowałam się jakąś bajką? A ja nie mam czasu na szukanie inspiracji, to tylko i wyłącznie inwencja własna, twórczość, która wzięła się z przeczytanych książek, z wyobraźni i dumy z faktu, że jestem kobietą.

 

3e2b370a-55e4-42a2-84ce-541a4167839eTu niestety smutna wiadomość dla pań; kapelusze pani Krystyny są wyłącznie dla niej.

 

Nie robię dla innych – mówi pani Krystyna. – Bawię się i robię to dla siebie. Podpowiadam koleżankom, ale nie szyję dla nich. Zawsze podziwiałam moją mamę, która nie wyszła bez kapelusza z domu i ja też nie wychodzę.  Kapelusze są na wszystkie okazje i za każdym razem dbam o to, by była to pełna stylizacja. Oczywiście nie może zabraknąć odpowiedniego buta, jest też biżuteria; skromna, ale indywidualna. Mam kilka szaf stylizacji i właściwie to codziennie mogłabym się ubrać inaczej przez 365 dni w roku.

 

Podczas sopockiego konkursu na najpiękniejszy kapelusz 2016, pani Krystyna wystąpiła w zielonym nakryciu głowy ozdobionym sztucznymi ptaszkami.

 

Skąd pomysł? – śmieje się pani Krystyna. – To moja tajemnica. Zdradzę tylko, że zainspirowała mnie pani z kanarkiem w klatce! To bardzo długa historia, a także alegoria do mojego ptasiego nazwiska rodowego.

 

W głowie pani Krystyny kiełkują już pomysły na następne konkursowe kapelusze.

 

Pomysłów mam już co najmniej dziesięć. Kapelusze będą nietypowe, czyli takie, które zachwycą osoby na  konkursie. To ma być ulotna chwila. Do sklepu w takim bym się raczej nie wybrała – śmieje się modystka.

 

W Polsce kapelusze nie cieszą się szczególnym zainteresowaniem, nawet wśród pań. Porą roku w której chętnie je nakładamy, jest lato i służą nam głównie do ochrony przed słońcem.

 

Panie muszą najpierw pomyśleć o sobie, o okolicznościach w jakich się znajdą – radzi pani Krystyna. – Na zakupy „z siatami” kapelusz nie pasuje. Do pracy bardzo chętnie pójdę w kapeluszu, z pracy bardzo chętnie wrócę w kapeluszu, ale kiedy przychodzi czas na zakupy to go ściągam. Kapelusz musi mieć swój moment.

 

Taki moment zielony kapelusz pani Krystyny Ochędzan miał na sopockim Hipodromie. W konkursie na najpiękniejszy kapelusz na rok 2016 zajął pierwsze miejsce.

Historię pani Krystyny i jej pasji do kapeluszy poznamy w filmie dokumentalnym „Założę czerwone spodnie”. Krystyna Ochędzan wystąpi w nim jako jedna z dziesięciu kobiet, których nie ogranicza wiek.

 

Inspiracją projektu była Trójmiejska Akcja Kobieca „Tak. Odważę się!”, podczas której kobiety wypisywały na kartkach afirmację czynności, na którą się odważą – mówi Elżbieta Jachlewska, kierowniczka projektu i współscenarzystka filmu. – Jedna z uczestniczek – osoba starsza – napisała: „Odważę się założyć czerwone spodnie!” Poprzez pokazanie aktywnych kobiet 60+,  chcemy pobudzić kobiety-seniorki do podjęcia odważnych kroków. Może to być krok mały, jak założenie czerwonych spodni, albo też duży, np.: start w wyborach samorządowych. Narzędziem będzie film dokumentalny, zrealizowany w ramach projektu.

 banner-01

Zadanie współfinansowane jest ze środków otrzymanych z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020.

 

(materiały promocyjne filmu)

 

Projekt „Założę czerwone spodnie” dotyczy kobiet starszych i przypisanych im stereotypowo ról (np. babci). Za cel stawiamy sobie zmianę postrzegania starości w społeczeństwie polskim. Projekt ma zwrócić uwagę masowego widza na te zjawiska i ukazać skutki realizowanej w ten sposób (między innymi przez media, w ramach podążania śladami tradycji) stygmatyzacji osób starszych.

Inspiracją do powstania pomysłu była akcja Trójmiejskiej Akcji Kobiecej ” Tak. Odważę się”, podczas której kobiety wypisywały na kartkach afirmację czynności na które się odważą. Jedna z uczestniczek – osoba starsza, napisała „Odważę się założyć czerwone spodnie!”.

Chcemy, poprzez pokazanie odważnych i aktywnych kobiet 60+, pobudzić polskie seniorki do podjęcia odważnych kroków. Może to być krok mały – jak założenie czerwonych spodni, lub też duży – np. start w wyborach samorządowych.

Narzędziem będzie film dokumentalny, zrealizowany w ramach projektu. Prezentowany on będzie na pokazach w większych miastach i małych miejscowościach. Planowane jest też rozpowszechnianie poprzez emisję telewizyjną, publikację w internecie i dystrybucję DVD.