Get Adobe Flash player

Przy ognisku…

Jest środek upalnego lata. Coś z tą kanikułą trzeba począć, a więc sobotnim wieczorem kolejne miłe sąsiedzkie spotkanie przy ognisku. Jak to przy ognisku – dość suto zakrapiane, czymś trzeba spłukać tłustawą kiełbaskę opieczoną, a czasem nieco zwęgloną, w płomieniach. I jak to przy ognisku – rozmowa toczy się wartko na rozmaite tematy, a że towarzystwo mieszane, schodzi również na sprawy damsko-męskie. Żartujemy. Trochę obgadujemy nieobecnych: pewna znajoma singielka znalazła sobie żonatego faceta, który tak się w niej zakochał, że z miejsca wszczął sprawę o rozwód. Żona zresztą i tak już od dawna przestała wykazywać jakiekolwiek zainteresowanie czymkolwiek, zwłaszcza zaś małżeńskim seksem. To zupełnie tak jak we wszystkich małżeństwach dookoła – żartujemy. Normalka. I nikt się zaraz z takich błahych przyczyn nie rozwodzi.

Zdecydowanie większe emocje wzbudza poruszona w następnej kolejności kwestia prania i prasowania. Panowie wykazują nagłe ożywienie, solidarnie wyrażając swój bunt przeciw wykonywaniu tych prozaicznych czynności. To domena kobiet! Niby dlaczego oni mieliby to robić?! Ale przecież robią, o ile mi wiadomo… No tak, to tylko takie żarty przy ognisku, a że trochę seksistowskie… nie popadajmy w przesadę. Panowie wiedzą przecież, co to partnerstwo, równouprawnienie, podział obowiązków domowych, są cywilizowani, no, przynajmniej do drugiego piwa. Od trzeciego w górę, jak to się mówi, wyłazi, co w człowieku siedzi, może zatem pojawiać się resentyment – tęsknotki i ciągoty za starym dobrym patriarchatem, który dawał poczucie bezpieczeństwa, że nie będzie się o cokolwiek atakowanym: kobiety potulnie usługiwały reszcie rodziny. Taka ich rola, być dla siebie na samym końcu, za dużo nie myśleć („kobiety nie są od myślenia” – usłyszałam kiedyś, o zgrozo, od pewnej kobiety). To chyba jednak społeczna krzywda, że na tę szacowną patriarchalną tradycję przeprowadzono domowy zamach?

Które to już party o podobnym scenariuszu? Najwdzięczniejszym obiektem żartów podpitego męża staje się niezmiennie jego druga połówka, śmieszna jakaś, bo domaga się od niego prasowania czy zmywania naczyń… a poza tym wiecznie gdera… ciągle boli ją głowa… co tam jeszcze? Ogólnie, męcząca z niej osoba, stale ma jakieś pretensje, a jak zbliża się u niej okres, to już kompletnie nie idzie z nią wytrzymać, kto by tam zniósł to jej trzeszczenie nad uchem… Tak sobie żartujemy… i trochę zgrywamy macho przed kolegami. Tylko dlaczego panie się nie śmieją? Szczególnie jedna z pań – ta, co niedawno została feministką i oczywiście natychmiast opuściło ją wszelkie poczucie humoru (a także gwałtownie zbrzydła). W dodatku pani owa uprawia jogę, a to przecież grozi opętaniem – ksiądz proboszcz tłumaczył owieczkom w zeszłą niedzielę z ambony. Zwłaszcza tu, za miastem, gdzie wszyscy się znają, zdaje się to niebezpieczne. Inne panie po prawdzie też uczęszczają na jogę – dobrze im to robi na kręgosłup i na duszę, ale to dręczące poczucie winy, ten lęk, że się grzeszy… Kościół przecież tego zabrania! Jest jednak sposób, by nie opętał nas diabeł: po każdej asanie odmówić jak najszybciej zdrowaśkę, na koniec zaś dziesiątkę różańca i pędem pognać do spowiedzi. To nas może uratować. Tylko co uratuje nas od ciemnoty i głupoty, w dodatku niezmiennie rwącej się do rządu dusz?

Czytam akurat o wspaniałych inicjatywach Boya i Ireny Krzywickiej, pary reformatorów polskiej obyczajowości sprzed drugiej wojny światowej, o ich krzewieniu „życia świadomego”, ich nieustającym podkreślaniu, że spełnienie (w tym także, a może przede wszystkim spełnienie erotyczne − a jeśli już nie, to niechby przynajmniej była ta joga!) oraz poczucie osobistego szczęścia jednostki to podstawa zdrowego społeczeństwa. Mało tego, żywiono wówczas głębokie przeświadczenie, że przemiana ludzkości w wolnomyślną i niezależną, żyjącą bez fałszu, hipokryzji i zakłamania, samorealizującą się, to kwestia niedługiego czasu, właściwie moment. Intelektualiści i filozofowie początku XX wieku byli przekonani, że patriarchalny model małżeństwa i rodziny, a nawet w ogóle instytucja małżeństwa, to przeżytek, otwarcie lansowali swobodę obyczajową w imię spełnienia właśnie. Taki na przykład Bertrand Russell uważał, że małżeństwa posiadające dzieci rozwodzić się nie powinny, by potomstwu nie wyrządzać krzywdy, a jako remedium na kryzys i brak pożycia małżeńskiego proponował poligamię. Krzywicka za poliamorią nie tylko orędowała, ale także sama ją praktykowała. Aż nie chce się wierzyć, że taki liberalizm już w dwudziestoleciu był możliwy! Rozglądam się wokół siebie, patrzę na siebie samą, na innych i pytam: gdzie my żyjemy? W którym wieku? Czy aby na pewno w XXI?

Ognisko pomału dogasa. Ton naszego żartowania za sprawą nieco jednak urażonych pań z lekkiego przechodzi nagle w przyciężkawy, atmosfera siada. Nie da się ukryć, „baby są jakieś inne”, na przykład nie potrafią rechotać z „grubych” żartów. Teraz to one z kolei zaczynają przymawiać panom, tak niby dla hecy, coś tam przebąkiwać o nieuniknionym, kiedyś wreszcie, jak już dzieci będą odchowane, rozwodzie… Na takie żarty, drogie panie, jest tylko jeden niezawodny lek – jak już zażegnamy kaca i wszystko po imprezie pozmywamy, posprzątamy, spotkamy się w niedzielę w naszym wiejskim kościele (bo tak trzeba, inaczej poszłybyśmy do piekła). Tam nas postawią do pionu. Dość fanaberii, w Polsce, kraju katolickim i jedynie z pozoru rodzaju żeńskiego, patriarchalna rodzina (choćby jej głowa była nie wiem jaką parodią mężowskiego i ojcowskiego autorytetu) jest święta! I żeby was przypadkiem diabeł nie opętał! (Zwłaszcza ten w sutannie).

Emancypantka