Get Adobe Flash player

Jestem feministką

Jestem feministką. Staram się nie być radykalna. Staram się być otwarta na dialog. Poza tym mam potrzeby duchowe. Najbliższa jest mi od kilku lat praktyka zen. Medytuję sama i w grupie, na warsztatach buddyjskich. Dzień zaczynam często od 108 pokłonów tybetańskich. Daje mi to poczucie wewnętrznej równowagi, spokoju i zdystansowany ogląd rzeczy. Czasem, spacerując po mojej okolicy, śpiewam mantry. Robię to też na warsztatach. Dzięki tym praktykom dobrze radzę sobie z emocjami, zazwyczaj jestem pogodna, pozytywnie nastawiona do ludzi (spotykam też w ostatnich latach niemal samych pozytywnych – tak to już się dzieje), uwrażliwiłam się na potrzeby innych. Chcę zrozumieć ich i siebie samą, bywa, że mi się to udaje. Wzmacniam zarówno swoją duchową, jak i cielesną stronę, ćwicząc regularnie jogę. Dojrzałam do tego, żeby móc pomagać innym. Zaczęłam uczyć się starożytnej techniki masażu z Dalekiego Wschodu. Od pewnego czasu praktykuję tę metodę. Zdarza się, że chodzę do kościoła, żeby spotkać się z Chrystusem, który ukochał wszystkich ludzi…

I wtedy moje emocje i nerwy są zazwyczaj wystawiane na najcięższą próbę. Z kazań czy innych wystąpień duchownych dowiaduję się bowiem między innymi o tym, że jestem gorsza od faszyzmu i nazizmu, a to dlatego, iż naukowo zajmuję się obecnie problematyką gender (List Episkopatu o wychowaniu do wartości z września 2013 roku – słowa te nie pojawiły się w internetowej wersji dokumentu, ale z ambon usłyszała je cała Polska) i że spowodowałam zjawisko pedofilii w Kościele katolickim (wypowiedzi arcybiskupa Michalika). W dodatku różni zaniepokojeni moją osobą znajomi katolicy ostrzegają mnie, na podstawie słów padających z ambon, że z powodu uprawiania jogi grozi mi niebawem opętanie.

Głęboki wdech i jak najdłuższy wydech… Mogłabym to zignorować. Machnąć ręką na głupotę, zaściankowość, ciasnotę myślenia, język nienawiści, manipulację i ordynarne kłamstwo, czyli na cały repertuar chwytów poniżej pasa i ataków stosowanych przez polski Kościół katolicki oraz środowiska z nim powiązane. Mogłabym nadal robić swoje i tyle. A jednak nie mogę. Chcę zaprotestować. Chcę głośno powiedzieć: dość! Milczenie to jeden z rodzajów przyzwolenia na zło. Kościół katolicki w Polsce dopuszcza się, moim zdaniem, zła. Robi krzywdę ludziom, którzy boją się myśleć samodzielnie, wprowadzając do ich głów zamęt, używając strategii kozła ofiarnego, demonizując to, co pozytywne, dezinformując, zabierając głos w kwestiach, o których nie ma zielonego pojęcia (mam na myśli przede wszystkim naukowe pojęcie gender), demonstrując swoją agresję i ślepą władzę autorytetu. Tę ostatnią już tylko do czasu. Nawet na dalekiej wsi ludzie nie chcą takich rzeczy słuchać, są zmęczeni i zniechęceni. Do tego dochodzi w przypadku wiejskich parafii terror wymuszania pieniędzy na tak zwaną ofiarę, wymienianie podczas ogłoszeń duszpasterskich z nazwiska osób, które daniny nie uiściły. Słyszałam takie ogłoszenia nie raz (trwają one zwykle dłużej niż kazanie) – z ust księży padały zwyczajne pogróżki pod adresem opornych w płaceniu; niedawno, w małym kościółku na kujawskiej wsi, dowiedziałam się od tamtejszego proboszcza, że w jego parafii wszystkie ściany domów są ze szkła, więc niech nikt nie myśli, że cokolwiek mu umknie.

Jestem feministką. I buddystką. I literaturoznawczynią zainteresowaną naukowo zagadnieniem gender. Chrystusa spotykam w ludziach, w których on mieszka, i w sobie samej. Mieszka on też w zwierzętach i roślinach, w skałach, w morzu, w całej Ziemi – jestem tego pewna. Mieszka w ludzkim ciele, które nie jest „grzeszne”, „nieczyste” lub oddzielone od duszy, co odkrywa przed nami między innymi wspaniały system jogi, będącej stanem umysłu, balansem i szczęśliwością. Czy mieszka w polskim Kościele katolickim? Sami/same sobie na to odpowiedzcie.

Emancypantka