Get Adobe Flash player

 

Tęcza nad polskimi chmurami

Tym razem chcę napisać coś o tęczy. Tej będącej symbolem środowisk LGBT, na co przystała Julita Wójcik, twórczyni znanej instalacji artystycznej. Temat tak jakoś narasta we mnie już chyba od dawna, a ponieważ pojawił się pomysł „przeprowadzenia” tęczy z Placu Zbawiciela na nasz rodzimy, gdański teren, do miasta wolności, konkretnie w pobliże budynku Europejskiego Centrum Solidarności, nadarza się dla mnie dogodna okazja.

Zapytajmy przy tej okazji samych siebie, Polaków, a zwłaszcza gdańszczan, co z naszą tolerancją – wszak wiąże się ona nierozerwalnie z wolnością. Te dwa pojęcia niewątpliwie się zazębiają: granice cudzej wolności zakreśla często moja tolerancja. Jak reagujemy na słowo „odmienność”? Osobiście nazbyt często stykam się z opinią, którą można by streścić w jednym zdaniu: „Ja nic nie mam do lesbijek i gejów, tylko niech siedzą w domu, niech nie wychodzą na ulicę i niech się z tym nie obnoszą”. Taka jest przeciętna polska „tolerancja”. Laureat pokojowego Nobla, ikona polskiej walki o wolność i demokrację, Lech Wałęsa miejsce osób homoseksualnych widzi „za murem”. O transpłciowości czy hermafrodytyzmie nawet nie wspominam…

Myślę, że trzeba powiedzieć otwarcie: żyjemy w społeczeństwie podszytym przemocą grup dominujących, zawsze gotowych do reakcji atakiem na atak, nawet gdy nikt żadnego ataku na nie nie szykuje, lub po prostu do atakowania. My, Polacy, lubimy ostre podziały, na przykład na normalnych, zdrowych, silnych, słowiańskich, osadzonych w patriotycznie krzepkiej tradycji reprezentantów narodu oraz dewiantów, zwyrodniały, chory, przeżarty zgnilizną Zachodu margines, czyli tych „nienormalnych”, których trzeba leczyć albo których przynajmniej symbolicznie należałoby skazać na eksterminację, rugując ich obecność z przestrzeni publicznej.

Szukam jednak pozytywów w tym naszym polskim, jak dla mnie straszliwie zapyziałym, narodzie. I czasem znajduję. Choćby w organizacjach działających na rzecz osób marginalizowanych. Choćby w teatrze Krzysztofa Warlikowskiego. Choćby w świetnej publicystyce „Gazety Wyborczej”. Choćby w filmie Małgorzaty Szumowskiej W imię – o księdzu-geju, który decyduje się nie rezygnować ze swojego życiowego szczęścia i spełnienia… W innym filmie, tym razem francuskim, w Życiu Adeli Kechiche’a, opowiadającym o namiętności lesbijek, pada zdanie, które bardzo mi przypadło do gustu: „Miłość nie zna płci”.

Tęcza to różnorodność kolorów, zjawisko rzadkie, którym chętnie się zachwycamy – taka odmienność na niebie po szarych chmurach i deszczu. Ja popieram takie zjawiska – w tej polskiej nudno-patriarchalno-heteroseksualnej rzeczywistości, gdzie pod warstewką rzekomego ucywilizowania stale drzemią chęć dyskryminacji, agresja i zwyczajne grubiaństwo.

Emancypantka