Get Adobe Flash player

Z BADAŃ TERENOWYCH NAD ŻYCIEM WEEKENDOWYM POLEK I POLAKÓW

Jest taki projekt badań kulturowych, który mocno przypadł mi do gustu, gdyż w szczególny sposób porusza wyobraźnię i uwrażliwia na odczytywanie różnych zjawisk z najbliższego otoczenia w kategoriach (przekształcających się z upływem czasu) znaków i symboli. Ten projekt zaproponował niegdyś jeden z rodzimych, polskich antropologów kultury współczesnej Roch Sulima, nadając mu nazwę antropologii codzienności. Muszę przyznać, że z wielką przyjemnością odkrywałam podczas lektury jego książki pod takim właśnie tytułem znaczenia, w jakie obrastały wraz z rozwojem najnowszej polskiej historii takie przedmioty jak samochód syrenka czy takie przestrzenie jak ogródki działkowe, które czas przeobrażał w rodzaj mitologii.

Sulima badał, między innymi, zagadnienie semantyki libacji alkoholowej. W tym przypadku interesowała go chociażby sfera związanych z tym zjawiskiem specyficznych obyczajów – wczoraj i dziś – a więc na przykład odpowiedź na pytanie, czy wciąż stosujemy charakterystyczne dla dawniejszych libacji zwyczajowe odzywki w trakcie picia, dyscyplinujące grupę, typu: „Albo pij, albo się ze mną bij” czy też „Albo pij, albo zamknij ryj”. Jak zauważa nasz badacz, takie odzywki, porzekadła i toasty służą „wyzwalaniu i wzbogacaniu grupowych ekspresji”. Dalej: Sulima czyni w ramach swoich badań regularne obserwacje dotyczące pewnej grupki ludzi spod sklepu nieopodal własnego domostwa, których łączy rytuał codzienności polegający na porannej krzątaninie w celu zorganizowania środków finansowych niezbędnych do zorganizowania, w następnej kolejności, libacji alkoholowej, potem zaś na przejściu do meritum sprawy, czyli zasadniczej części dnia powszedniego jak też święta, a więc na zakupie alkoholu i jego spożyciu w atmosferze ulicznej minibiesiady lub pikniku w pobliskich zaroślach. Tego rodzaju codziennym spotkaniom towarzyszą także specyficzne rytuały werbalne – odsyłam zainteresowanych do książki.

Zachęcona skrupulatnymi badaniami i analizami znaczeń czynionymi przez Sulimę, nabrałam ochoty na odrobinę własnych obserwacji kulturowych, skromnych, acz z delikatnym zastosowaniem perspektywy płciowej. Samo słowo libacja brzmi obecnie trochę jakby przestarzale – to jedna z moich obserwacji. Mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, że pomału odchodzi do lamusa, nie dajmy się jednak zbyt łatwo zwieść pozorom – to kolejna obserwacja. Stawiam tezę: libacja alkoholowa w polskiej kulturze ma się całkiem dobrze, choć straciła na wyrazistości, trochę zaczęła się tak jakby rozmywać, blednąć. Stawiam też tezę: grupą społeczną, która najpilniej stara się podtrzymywać tę tradycję, są zazwyczaj mężczyźni. Może libacja to jedna z ostatnich ostoi patriarchii? „Albo pij, albo zamknij ryj!” – chodzi mi po głowie ten macho-tekst, gdy mijam w piątkowe popołudnie coponiektóre garaże na moim podmiejskim osiedlu, jadąc na cotygodniowe zajęcia z jogi sivananda. Praktyka jogi weszła mi już w krew, traktuję te półtorej godziny nie tylko jako czas ćwiczeń, lecz także jako specyficzny rodzaj medytacji, zagłębiania się w siebie. Wiem również, że to okazja do spotkania innych kobiet – przede wszystkim kobiet. Mimo że zdarza się czasem w grupie ćwiczących także mężczyzna, jest to niewątpliwie sfera mocno sfeminizowana. Ostatnio usłyszałam w trakcie miłej pogawędki po zajęciach, że przyznanie się przez mężczyznę do uprawiania jogi jest równoznaczne z przyznaniem się do bycia gejem – tak twierdził młody chłopak z naszej grupy. „Albo pij, albo się ze mną bij!” – ciekawe, jak by na to zareagował? Tymczasem my, kobiety, powoli zbieramy się już do domu, czas zamykać salę. Bywa, że zamiast do domu udajemy się do jakiejś knajpki na lampkę wina i gadamy o babskich sprawach. Gdyby chłopak chciał pogadać z nami – nie ma sprawy! Osobiście chętnie zaprosiłabym do stołu nie tylko tego miłego faceta, ale też samą Conchitę Wurst. I pewna jestem, że byłoby nam wszystkim razem bardzo przyjemnie.

Póki co czas jednak na drugą część mojej historyjki, tę, która rozgrywa się w garażu. Zaczyna się ona od sześciopaku puszkowanego piwa z Biedronki. Po nim, w części środkowej wieczoru, pojawia się czerwone wino, powiedzmy z Lidla, za 9,99, a w części finalnej male party – whisky, z Biedronki (29,99). Not so bad. Jak na whisky z Biedronki, rzecz jasna. Pije się to wszystko po kolei i bez pośpiechu, tak aby pod koniec zabawy broń Boże nie spaść pod stół – zresztą o stół w garażu nie zawsze jest łatwo. Nie wypada też w dzisiejszych czasach zbytnio bełkotać ani się zataczać. Rozmowy podczas sączenia alkoholi toczy się na tematy przeróżne: futbol, jazz, polityka, armia, kampania wrześniowa – przebieg alternatywny, kto na jakim poziomie w jakiej grze komputerowej, najnowsza generacja sprzętu komputerowego i audio… Nikogo nie trzeba do picia dyscyplinować, bo pije się dziś zgodnie, ramię w ramię (by nie rzec brzydko: ryj w ryj), a finał libacji alkoholowej bynajmniej nie polega na mordobiciu, na przykład. Wszystko w dzisiejszych czasach subtelnieje, a zatem również libacja. Siedzi się po prostu w męskim gronie, w swojskim otoczeniu równie męskich narzędzi do majsterkowania, i pomalutku, kulturalnie się pije. A brzuchy pomalutku rosną, wraz z tym, jak rośnie w naszym kraju ilość spożywanego piwa – w przeciwieństwie do wódki. W statystykach europejskich wypadamy pod względem spożycia trunków nieźle, naprawdę nie najgorzej – dążymy w stronę właściwych standardów. Jest coraz bardziej soft. Aksamitnie. Czyli nie do końca uchwytnie. Bo na co właściwie ma narzekać żona garażowca? Że idzie sobie pogawędzić z kolegami i się trochę po pracy wyluzować, popijając to i owo?

Podsumujmy: w piątkowy wieczór mamusia jest na jodze, tatuś zaś hoduje brzuszek w garażu. A dziecko…? Pewnie przed telewizorem albo komputerem. Tatuś w sumie nie bardzo wie, co porabia dziecko, mamusia więc zawsze z lekkim poczuciem winy, że wychodzi – jak tylko gdzieś wychodzi, wszystko natychmiast też wychodzi – spod kontroli. To bardzo rozmyta i subtelna odmiana asymetrii genderowej. A po powrocie z jogi? Najpierw zagania się dziecko do łazienki, z przerażeniem odkrywając, że jeszcze nie śpi i Bóg wie co robiło. A potem następuje powrót tatusia z garażu. Nie jakiejś tam spitej świni czy brutalnego bydlaka, po prostu podchmielonego faceta z brzuszkiem i średnio gustownym zarostem, który czasem próbuje w tym stanie lepić się do żony – brrr!!! Tak więc my, Polacy, nie leżymy już dziś pokotem pod stołami czy na chodnikach (nawiasem mówiąc, przypomina mi się tu dowcip o facecie, co leży na chodniku i pochodzi do niego policjant, upominając, aby wstał, a facet na to: eee, to nawet płyt już nie można sobie posłuchać…).

Moja przestrzeń do rozpoznania w ramach amatorsko uprawianej antropologii codzienności okazała się męskocentrycznymi peryferiami garażowymi, skrywającymi chyba trochę zdegradowaną mitologię patriarchii – miejmy nadzieję, w kulturowej defensywie, ale wciąż niestety mogącą doskwierać. Aksamitnie – tak jakoś. Wręcz niewidzialnie, bo w końcu kto by tam specjalnie rozglądał się po garażach. A swoją drogą, pamiętam aż nazbyt dobrze królestwo mojego dziadka, alkoholika do entej potęgi – tym jego królestwem, gdzie niepodzielnie rządził, z flaszkami po wszystkich kątach, był – jakże by inaczej? – garaż! Ale to już trochę inna historia…

Emancypantka